Noc listopadowa

Czasami jest tak, jak teraz. Od tygodnia chodzą te pompy i nawiewnice, podnosząc poziom stresu do granic wytrzymałości (nawet nie będę się zastanawiać nad sytuacją, w której nie wyłączalibyśmy tego na noc). Wszyscy przypominamy chodzące wulkany tuż przez wybuchem i coraz częściej komuś puszczają nerwy i zdarzają się pojedyncze pyknięcia.

Kubie kończy się dziś asystencja osobista. Nie wiadomo kiedy i czy będzie kolejny projekt, w ramach którego moglibyśmy ją kontynuować, więc wracamy do punktu wyjścia, czyli braku czegokolwiek. A to wywołuje u Jakuba stany depresyjne i trudno mu się dziwić. Przy czym jego stany depresyjne dotyczą całej rodziny, bo Kuba jest wtedy nie do zniesienia, co przy naszej obniżonej odporności na stres i wieloletniej eksploatacji systemu nerwowego stanowi niebezpieczną mieszankę. Najgorszy jest brak rozwiązań, w jakiejkolwiek perspektywie bliższej niż pogrzeb. Ale i tak znajdą się ludzie zjeżdżający nas za brak czegoś tam, nie wiem… pomysłów na życie, albo zainteresowania tym, co u nich słychać. Bo te nasze problemy są tak cholernie nudne, powtarzalne i właściwie po co o nich wciąż przynudzamy?

Bo nie mamy innego życia, a autystyczne happy endy zdarzają się wyłącznie w familijnych produkcjach Hollywood?

No więc jest ten hałas, mąż obrażony, że „wszystko, co zrobi, jest źle” i w ramach rewanżu zostawiający ciepłą owsiankę na dole w kuchni, którą odkrywam jakąś godzinę później, ale przecież zrobił mi śniadanie, więc o co się czepiam, BlueBoy, który po powrocie ze spotkania w Pałacu nie jest w stanie powiedzieć, na czym konkretnie ma polegać jego praca i obraża się, kiedy próbujemy to ustalić. No i jest Kuba z dezodorantem.

Kuba przez większość swojego życia funkcjonował w sztywnym schemacie i kiedy ten schemat mu się posypał – posypał się też Jakub. Poranna rutyna wyglądała tak: wstać, ubrać się, szybko na śniadanie, umyć zęby, użyć dezodorantu i być gotowym na szkolny busik. Teraz nie ma porannego pośpiechu, Kuba wstaje, kiedy wstanie, śniadanie je o dziwnej porze, bywa że około dziesiątej i do tej pory coś tam sobie robi w pokoju. Oraz się poci. Więc właściwie po śniadaniu powinien się odświeżyć i przebrać zanim użyje dezodorantu. Próbujemy go przestawić na wersję: wstajesz, dezodorant, ubranie i cała reszta, ale stawia niezrozumiały dla nas opór. Oraz doprowadza do szału. Im bardziej on się stawia, tym my bardziej idziemy w zaparte, co sprawia, e Kuba jest nie do ruszenia. Beton. A kiedy dodatkowo pojawia się jakiś problem, z którym Jakub sobie nie daje rady (patrz: koniec asystencji), to wojna o dezodorant staje się takim murowanym tematem zastępczym, o który można sobie rozwalić na miazgę łeb. Niekoniecznie metaforycznie.

Dochodzą jeszcze takie drobiazgi codzienne, jak brak ustaleń co do menu, awantura, że „znowu jest bagietka” zamiennie ze „znowu jest herbata” (Jakub w życiowej roli), chamskie odzywki naszego młodszego syna do wszystkich – od psa zaczynając (pewnie też biedak nie radzi sobie z frustracją), kolejne dziwne ruchy finansowe Pitera, które nieuchronnie prowadzą do kolejnej zapaści budżetowej (ciekawe przy której ja się po prostu rozpadnę?) oraz bałagan.

Czy wspominałam z hałasie? Bo nie jestem pewna…

No i w tych okolicznościach chyba nie powinnam się specjalnie dziwić, że cała ta akupunktura, plastry i joga nie dały rady. Można zaryzykować konkluzję, że kupa kasy (oraz dwieście igieł) poszło na marne, co w mojej ocenie jest kompletnie bez sensu. Wydawać pieniądze, których się nie ma, a potem ot tak zmarnować rezultaty??? No ale widać moi panowie mają inne poczucie humoru, bywa…

Więc nie śpię. Od dwóch tygodnie. Znowu. Nie zauważyłam, że mam alergię na nowy szampon. To znaczy może i zauważyłam, ale zignorowałam. Chyba ze zmęczenia, bo inaczej nie da się tego wytłumaczyć. I oprzytomniałam dopiero, kiedy porozdrapywałam się do krwi, a w domu zabrakło wapna dla alergików…

Zamykam ten listopad zmęczona, wkurzona i zniechęcona. Wiem, że jakoś przecież będzie, bo zawsze jakoś jest, ale nie jestem pewna, czy mam ochotę się z tą przyszłością konfrontować. Dwa PLUSy listopadowe są takie, że Kuba dostał orzeczenie na pięć lat (ale i tak odkryliśmy że decyzja ZUSu duplikuje nam większość przysługujących praw, w tym mój zasiłek, co jest pewną ulgą) oraz że koszty zalania i remontu pokryje nam w większości ubezpieczyciel.

Od jutra grudzień, co niczego nie zmienia, poza datą.

© 2023, Jo. All rights reserved.

Leave a Reply