
Poznajemy Lublin również od strony kulinariów. Ostatnio trafiliśmy do restauracji Armenia, serwującej kuchnię kaukaską.
Zanim zasiedliśmy do stołu, czekał nas krótki spacer z Zamku. I tym razem, mimo nieciekawej pogody, Lublin dostarczył nam pozytywnych wrażeń.
I wreszcie restauracja. Wchodzi się w bramę pod siódemką, potem na patio, a następnie schodami w dół. Pewnie latem na patio stoją stoliki i można zjeść al fresco. Restauracja mieści się w przytulnych, niezbyt dużych piwnicznych salkach z przyjemnym wystrojem. Jest ciepło, a my zmarzliśmy, więc z przyjemnością zajęliśmy się studiowaniem menu.
Nie znam tej kuchni w ogóle, więc każde danie było dla mnie nowym doświadczeniem, bardzo udanym zresztą. Ponieważ jesteśmy w siódemkę, zamawiamy dania przeróżne. Każde bardzo smaczne. W ilościach przekraczających nasze możliwości.
Panicze wzięli kebaby z pieczonymi ziemniakami i surówką. My – danie dla dwojga, składające się z rewelacyjnej karkówki i kebabów, sałatki, pieczonych ziemniaków, pasty z pomidorów i porcji pieczonych warzyw. Oraz lawaszy. Nie wiem, jak nasi synowie dali radę swoim daniom – my pękliśmy z przejedzenia i zabraliśmy do domu resztę, z której następnego dnia zrobiliśmy obiad… Nigdy nie zabierałam niezjedzonego obiadu z restauracji, ale zauważyłam, że tam wiele osób wychodziło z prowiantem, więc poczułam się rozgrzeszona.
BB wcisnął jeszcze ciasto miodowe, ale Jakubowi odebraliśmy sprzed ust paklavę i poprosiliśmy o zapakowanie do domu, dzięki czemu obyło się bez dramatów (tak, Kuba nadal odchorowuje tamte stresy i wizyta w restauracji jest pewnego rodzaju ryzykiem).
Fajne miejsce, miła i sprawna obsługa, bardzo dobre jedzenie. Wpisujemy na listę.
© 2023, Jo. All rights reserved.