Stało się! Dołączyliśmy do społeczności:
biorę urlop, żeby zrobić w domu remont
Po ubiegłorocznej powodzi trzeba było wyremontować ściany. Miał to zrobić Żenia, ale zimowe miesiące całkowicie odpadały, bo trudno w ich czasie otwierać okna na przestrzał – inaczej musiałabym się wyprowadzić, a nie mam dokąd. Bo mam alergię na preparaty, których używa się przy remontach. No wiecie: mydła malarskie, szpachle, farbę… Czekaliśmy do wiosny, takiej pomajówkowej. Ale kiedy wróciliśmy z majówki, to niechętnie przypomnę, że wysiadły mi funkcje użytkowe i od trzech miesięcy płacimy za rehabilitację. Z funduszy pierwotnie przeznaczonych na wykańczanie domu na wsi i… remont Marcepanki.
Zatem kiedy lato nabrało rozpędu, czyli dobrze po letnim przesileniu, postawiłam męża pod ścianą i grożąc użyciem wszelkich żoninych sposobów długoterminowego uprzykrzenia życia zażądałam wykonania remontu we własnym zakresie. Znaczy własnymi i synów siłami. Bo nie można dłużej żyć w slumsach, nawet jeśli znajdują się na Błoniach Wilanowskich.
Serdecznie pozdrawiam Jaerka – nie musisz komentować. WIEM.
No i nadszedł ten dzień, w którym mój mąż i synowie zabrali się do pracy. Możliwe, że złorzecząc pod nosem. Nie jestem pewna, czy zdają sobie sprawę, że ich złorzeczenia wywołują falę negatywnej energii, która zniweczy moją dotychczasową terapię, co spowoduje konieczność przedłużenia jej na kolejne miesiące, w rezultacie czego NIE BĘDZIE PREZENTÓW GWIAZDKOWYCH.
I’m just saying.
Dalej było jak w memach. przy czym odnoszę wrażenie, że coraz częściej życie bardziej przypomina memy niż one same. Zatem klasycznie, zgodnie z (he he) zasadami, połowa pierwszego trzydniowego urlopu zeszła Piterowi na zbieraniu się do roboty. Drugą połowę przeznaczył na jeżdżenie po OBI, Flüggerze i Brickomanie, analizowanie sytuacji i wizje lokalne. Naprawdę nie wiem, kiedy naprawił zryte ściany i pomalował te cztery metry kwadratowe przedpokoju…
Tak się tym zmęczył, że uznał, że szkoda mu urlopu na remont i resztę będzie kontynuować po pracy. Znaczy w weekendy i wieczorami. W związku z tym mamy dwa miesiące weekendowego siedzenia w domu, z czym Piter zapewne się nie zgodzi oponując, że „No wiesz, Jo, to co robię raczej trudno nazwać siedzeniem.”
Refleksje mam dwie:
Po pierwsze: to było najlepsze rozwiązanie. Finansowo, ale też organizacyjnie. Trwa to wieczność, ale możemy wszystkie prace dopasować do możliwości. Jest to upierdliwe, ale możemy przestawić meble do drugiego pomieszczenia i spokojnie robić, co jest do zrobienia. Nie wiem, jak byśmy sobie poradzili, gdyby weszła ekipa i zażądała opróżnienia całego parteru…
Po drugie: podziwiam mojego męża. On się na remontach nie zna. Kondycji do takiego machania packą i wałkiem też koncertowej nie ma. Ale naprawdę świetnie mu wychodzi. I może ktoś by się mógł przyczepić do szczegółów, ale ja jestem bardzo zadowolona: zniknęły ślady po kuciu, ściany są wyrównane, sufity wyszlifowane, ranty zeżarte przez Lunę wypełnione, wszystko odświeżone. I podziwiam Pitera, bo sama chyba bym umarła już na etapie mycia ścian.
Mam jedynie nadzieję, że skończymy ten remont przed zimą…
© 2024, Jo. All rights reserved.