Plaża

Dziennik podróży. Dzień szósty.

Znacie kogoś, kto potrafi strzaskać sobie twarz w kwadrans, mając na niej cztery warstwy blokera 50+ i mam tu na myśli SPF/UV, a nie wiek?

Oczywiście, że znacie. Tylko może dotychczas o tym nie wiedzieliście.

Zresztą ja też nie wiedziałam, że jestem taka zdolna i – jak by to ująć… – ponoszę tego konsekwencje. Wychodzi mi na to, że jak się ma tocznia, to się siedzi w domu, a nie wychodzi na spacery. Nawet z filtrami, kapeluszem i parasolem. Tak, w determinacji używałam nawet parasola. Ale… jesteśmy na wakacjach. Nie będę siedzieć w domu, na litość boską! W domu to sobie mogłam posiedzieć w Warszawie, w dodatku całkiem gratis. A tu jest Maremma. MAREMMA! I wprawdzie dom z klimatyzacją jest kuszącą opcją, to maremmiańskie makie, plaże i cała reszta tę konkurencję bezkonkurencyjnie wygrywa.

Zatem w szóstym dniu naszych wakacji pojechaliśmy, między jednym a drugim służbowym callem Pitera, na dziką plażę, żeby wreszcie zrobić zdjęcia do Wiedźmowego Świata. Naprawdę jedną z ostatnich rzeczy byłoby podpaść Kamelii, która last minute szyła kreację dla niegaladrielowej Galadrieli, która zresztą będzie miała zupełnie inaczej na imię i trochę się boję, czy nie powtarzamy casusu Helenki, czyli Lady Elaine, którą zbyt długo nazywałyśmy właśnie Helenką i potem ciężko było się przestawić…

Wybraliśmy się na plażę w rezerwacie Parco della Maremma. Miejscu absolutnie rewelacyjnym, w którym przyroda chroniona jest przed wpływem cywilizacji. Jednego tylko nie przewidywaliśmy: znaliśmy to miejsce poza sezonem. W sezonie… owszem, trzeba czekać na wjeździe parę kilometrów wcześniej, aż się zwolni miejsce, bo liczba wpuszczanych samochodów jest określona (i odpowiada liczbie miejsc do parkowania). I nawet, z trudem, ale daliśmy radę zaczekać na swoją kolej. Natomiast po dotarciu na miejsce, przeżyliśmy szok. Ta plaża niczym się nie różniła od innych plaż, jeśli chodzi o tłum ludzi. Więc jeśli chcecie poczytać o rezerwacie, to odsyłam do linku powyżej. Zdjęć lalkom nie zrobiłam, pokręciliśmy się trochę, zjedliśmy sucharki popijając wodą i wróciliśmy do Castiglione na crepes. Bo karnie zaliczamy wszystkie stałe punkty Casti, żeby Jakubowi zgadzała się rozpiska (aktualna od 23 lat) i nie zamienił nam wakacji w piekło.

Co do tej listy punktów, to jest na niej również wdrapanie się na wzgórze pod zamkiem. Oraz codzienne lody w Cremeria Corradini. Ewentualnie te naleśniki, dla Kuby nieodmiennie z Grand Marnier, a dla Jaśka z czymkolwiek, byłaby to nutella. No i plaża, czyli chyba zatoczyliśmy koło.

© 2025, Jo. All rights reserved.