Skróciliśmy nasze wakacje, bo nastroje Jakuba wszystkim dawały w kość. Jemu też. A w domu jednak łatwiej je wytrzymać, bo dom jest bezpieczny i przewidywalny. Powiedzmy. Wyjeżdżaliśmy w środę rano w ulewnym deszczu, co tym bardziej utwierdziło nas w poczuciu podjęcia dobrej decyzji. Ułożyliśmy fajne plany na najbliższe cztery dni i pogratulowaliśmy sobie rozsądku.
Drogę powrotną głównie przespałam. W domu strasznie bolały mnie nogi, ale myślałam, że to skutek siedzenia przez cztery godziny w samochodzie. Tak samo zatkane zatoki przypisywałam brodzeniu dzień wcześniej po brzegu morza. Ale potem było gorzej i gorzej, zostawiłam własną kolację imieninową i ledwo wczołgałam się do łóżka, gdzie na dreszcze nie pomagały kołdra, dwa koce i nastawiona na max poduszka elektryczna.
Koło pierwszej już wiedziałam, że to COVID. Objawy były identyczne, jak poprzednim razem. Występowały w takiej samej kolejności i po prostu wiedziałam, co za chwilę nastąpi. To, że przeżyłam do rana, przypisuję niezbadanym wyrokom Opatrzności. Ale rano zażądałam od Pitera kursu do apteki po testy. I mój test wyszedł pozytywny po trzech minutach, jedynie potwierdzając to, co już wiedziałam.
Myśli miałam dwie: Byle nie wszyscy na raz. I Jezu, jak dobrze, że myśmy wczoraj z tego Gdańska wrócili! Bo podróży w takim stanie chyba bym nie przeżyła. Co chwilę mi peron odjeżdżał, dusiłam się masakrycznie, bredziłam w gorączce. No takie tam atrakcje COVIDowe.
Chłopaków testy były negatywne, ale powiedzmy szczerze: nie ma opcji, żeby się nie zarazili. To kwestia czasu i właśnie czasu dotyczyła moja pierwsza myśl. Bo jeśli rozłożymy się jednocześnie, to po nas. Przede wszystkim panowie dostali zakaz wchodzenia do mnie bez maseczek. A następnie zaczęli przyjmować te wszystkie preparaty, które bierze się chorując na COVID. Krople antywirusowe, witaminę C, D3, Glutation… Bo ja sobie tak wymyśliłam, że skoro złapali wirusa (a złapali z pewnością), to wczesne podanie tych rzeczy osłabi jego siłę uderzenia i może dzięki temu łagodniej przejdą chorobę…
niniejszy tekst broń boże nie jest poradą medyczną tylko zapisem decyzji majaczącej pacjentki – jasne?
Kuba zaczął kaszleć i gorączkować w piątek. Mamy sobotę: nie rozwija mu się choroba. Janek i Piter póki co bez objawów i na chodzie. I ja im życzę, żeby tak pozostało.
Czytałam dziś w Internecie słabą agitkę zachęcającą do robienia sobie testów. Dla mnie test był oczywisty. Tak naprawdę to była moja druga myśl, zaraz po „A, czyli mam COVID.” (bo jak wspomniałam objawy były identyczne, jak poprzednim razem). Dzięki testom Piter mógł zająć się logistyką. Ale odwołaliśmy lub zrezygnowaliśmy ze wszystkich planów, co mnie bardzo zasmuciło, bo naprawdę chciałam spędzić z chłopakami fajny wakacyjny weekend…
Dzięki testowi upewniłam się, że to COVID, co pozwoliło włączyć odpowiednie leki, zamiast męczenia się w oczekiwaniu, aż samo przejdzie. I owszem, ja ciężko to przechodzę, ale ja mam niewydolny układ odpornościowy, więc byłoby dziwne, gdyby nie.
Objawy COVIDu
U każdego pewnie wygląda to inaczej. Napiszę o swoich, bo je powtarzam, więc może są jakoś tam charakterystyczne. Jeśli zauważycie je u siebie – róbcie test!
Zatkane zatoki. Potem intensywny katar. Potrafi lać się z nosa a za chwilę macie zabetonowane zatoki. Na zmianę.
Ból mięśni. Ja miałam takie przykurcze łydek, że nie mogłam chodzić. Pierwszej nocy w ogóle nie mogłam wstać, bo miałam wrażenie, że moje nogi nie są moje. Poza tym bolały mnie nerki i byłam przekonana, że przedawkowałam słońce na wakacyjnych spacerach i uaktywniłam tocznia! Ból ustąpił w drugiej dobie.
Ból głowy. Koszmarny. Trwał napadowo trzy dni.
Kaszel. Napadowy. I od niego zryte gardło. A ja nie mogę używać żadnych tabletek na ból gardła, bo większość ma aspartam (alergia), a reszta smak, powodujący u mnie odruch wymiotny.
No właśnie: smak. Zero smaku i powonienia. Wszystko smakuje jak tektura (podobno, bo nigdy nie jadłam tektury… ale wyczuwam jedynie miękie-twarde, ciepłe-zimne itd – np moja imieninowa szarlotka z bitą śmietaną była miękka z chrupiącą powierzchnią i zimną pianką). Ale o dziwo smak czarnego bzu w jednym z leków rozpoznałam od razu (i poszłam zwymiotować). Tak samo smak mi się nie wyłączył przy jednym ohydnym syropku i chociaż ten bardzo skutecznie łagodził podrażnienie gardła – musiał wylecieć z mojej tacki na leki.
I teraz będzie coś dziwnego. Ja po prostu zapadałam w letarg i traciłam kontakt z rzeczywistością. Męczyły mnie koszmary. Budziłam się i przez dłuższy czas nie wiedziałam gdzie jestem i kim jestem. Albo byłam święcie przekonana, że jestem w zupełnie innym miejscu i że ja, to nie ja. Nie polecam, ale podobno niektórzy używają substancji psychoaktywnych, żeby tego doświadczać.
To jeszcze wam napiszę, czego używamy, żeby mieć temat zamknięty.
- krople antywirusowe (u nas quentakehl)
- krople na kaszel, bez których bym umarła, L52
- Wit C, D3.
- Nebulizator i sól fizjologiczna do inhalacji
- środki przeciwbólowe i przeciwgorączkowe (powyżej 38 stopni)
- Dużo ciepłych napojów
Bo to trzeba po prostu przechorować. Oby jak najkrócej i w miarę łagodnie. Te leki COVIDu nie leczą, łagodzą (na ile dadzą radę) objawy, wzmacniają organizm do walki z wirusem. Potrzebny jest czas.
Nie wiem, gdzie się zaraziłam. Raczej na wakacjach, bo gdyby w domu, to chłopaki też by byli już chorzy. Mnie rozwaliło od razu, u nich może się jeszcze wylęga. Zaraziła mnie osoba, która nie wiedziała, że jest chora, albo wiedziała, ale to zignorowała, bo może też była na wakacjach i postanowiła nie psuć sobie urlopu. No to zepsuła go innym. Zresztą pal sześć, że musieliśmy odwołać spotkanie z hydraulikiem na wsi i nie pojechaliśmy na dwie fajne wycieczki: choroba wirusowa dla osoby z chorobami autoimmunologicznymi to jest lekki hard core. Ja tylko trzymam kciuki za Jaśka, bo jemu nie wolno zachorować.
Te testy pozwalają nie zarazić innych ludzi. Pamiętajcie o tym. Kilka dni waszego siedzenia w domu może komuś uratować życie.
aktualizacje
27 sierpnia
Jesteśmy tydzień po wystąpieniu u mnie objawów. Dziś rano robiłam test: wynik negatywny.
Nie mam siły na nic – padłam po zdjęciu pościeli do prania, ale w miarę dochodzę do łazienki i pół dnia spędziłam w fotelu, ubrana w normalne ciuchy. Ponieważ przebieg choroby był identyczny, jak poprzednio, a wtedy z wirusem walczyłam trzy tygodnie, pozwalam sobie wierzyć, że tym razem leki przeciwwirusowe przyspieszyły proces. Reszta też pomogła, bo nie udusiłam się tym cholernym kaszlem.
Kuba bardzo łagodnie przechodzi chorobę. Temperatura lekko powyżej 37, trochę pokasłuje, trochę smarka i tyle. Siedzi w swoim pokoju i maluje. Słyszę, że humor mu dopisuje. No i normalnie biega po schodach na posiłki, a poprzednim razem sam się położył do łóżka.
Piter i Janek negatywni.
1 września
Kuba negatywny. Ale od tygodnia lata po schodach i gada do siebie, więc jego COVID można uznać za wyjątkowo lekki.
Tym samym kończymy relację z tegorocznej wersji COVID-19. Mam nadzieję, że powtórki nie będzie.
© 2024, Jo. All rights reserved.