Wnioski do zapisania

Teoretycznie mamy połowę wakacji, bez względu na to, jak je liczymy: lipiec-sierpień czy czerwiec-wrzesień, co jest nieco… no właśnie nie wiem, jakie. Bo jak się nie ma dzieci w szkole, to cały rok jakoś tak dziwnie się rozjeżdża i nie trzyma w żadnych ramach. Poza Bożym Narodzeniem, rzecz jasna.

Zatem mamy tę połowę wakacji, a nam wcale wakacyjnie nie jest. I to nie dlatego, że z naszych wakacji wróciliśmy i nie planujemy żadnych kolejnych wyjazdów. Po prostu jakoś tak. Beznadziejnie. Ale z wnioskami, które trzeba by gdzieś zapisać, żeby potem nie było.

I mamy tych zapisków trochę. No wiecie, takich: „Sprawdź przed wyjazdem prognozę pogody i nie zabieraj połowy walizki rzeczy, których nigdy nie założysz.”. Albo „Jeśli myślałaś, że face cloth z IKEI się nie przydadzą, to może jednak przemyśl to ponownie.” czy „Kup sobie wreszcie właściwe buty kobieto, bo naprawdę brak mi słów…”. I ja je skrzętnie notuję na każdych wakacjach, co potem nieraz nam ratowało życie. Poza tym chłopaków spakowałam perfekcyjnie, tylko z moim bagażem mi nie wyszło.

Ale mamy też zapiski wyboldowane filozoficznie, stawiające pewną cezurę w naszym życiu.

W długiej i zaskakująco spokojnej rozmowie po powrocie doszliśmy do wniosku, że nadszedł czas na zmiany. Niełatwe, ale konieczne, jeśli mamy się nie pozabijać (nie mamy się pozabijać?) i iść dalej razem przez życie bez przygnębiającego poczucia, że jesteśmy na siebie skazani. Wszyscy czworo.

I pewnie będziecie nieziemsko zaskoczeni, jeśli wam powiem, że rozwiązaniem wielu problemów, wydaje nam się…

TADDAM!

Dom na wsi

Jesteśmy zmęczeni. Codziennym życiem z autystycznymi dziećmi. Od dekady: dorosłymi dziećmi. Przebywaniem non stop we własnym towarzystwie. Brakiem możliwości złapania oddechu, dystansu i niemożliwością zresetowania nerwów. Przebodźcowaniem. Brakiem wsparcia i pomocy.

Żadne z nas (tu mam na myśli Pitera i siebie) nie wyjedzie sobie gdzieś na tydzień i nie zostawi tego drugiego na pastwę losu. I wiem, że osobom z zewnątrz trudno to zrozumieć, bo ciągle słyszę podobne sugestie. Poza tym zostaje kwestia finansów: wyjazd jednej osoby najprawdopodobniej oznaczałby dla pozostałych, że się nigdzie nie ruszą.

Wszystkie rozmowy prowadziły nas do jednego wniosku: trzeba dokończyć „kurnik” na Ziemi Przodków. A jedyny sposób, aby to było możliwe jest taki, że w przyszłym roku blokujemy budżet i wszystkie dodatkowe pieniądze idą na prace wykończeniowe, na takim poziomie, żeby dało tam się przenocować.

Ten wiejski domek, 35 metrów kwadratowych w obrysie, budujemy z bieżących pieniędzy, wcześniej ze spadku po Rodzicach Pitera i mojej alternatywnej działki pod niedoszłe letnisko koło Leona i Eli. I jest jak w tych memach: jak to widzi bank, jak znajomi, a jak ja. Wlecze nam się ta budowa koszmarnie, wielokrotnie powodowała załamanie nerwowe u mnie i chęć porzucenia tego w cholerę u Pitera. No ale co zrobić, jak rok w rok działy się jakieś asapy uniemożliwiające doprowadzenie wody/prądu, czy wylanie podłóg? Zalało nam dom. Trzeba było kuć, suszyć, odnawiać. Wcześniej przez dwa lata na cito remontowaliśmy elewację i tarasy, bo woda się lała i tynk odpadał. Jak już Marcepanową postawiliśmy na nogi, to ja się rozłożyłam i cała kasa poszła na rehabilitację. I tak ciągle… Ale tegoroczne wakacje nieco nas dobiły upałem i komplikacjami i uznaliśmy, że trzeba zawiesić wyjazdy (bo remontów po awariach się nie da – ani przewidzieć, ani zawiesić) i dokończyć letnisko. Żeby każde z nas (poza Kubą) mogło tam wyjechać na kilka dni i odpocząć.

Tak, męczy mnie, że to tak długo trwa. Nienawidzę niedokończonych rzeczy. Od pomysłu, że: Hej, zróbmy sobie letnisko! minęło dwadzieścia parę lat. Dzieci, dla których miało być, dawno wyrosły. Ja doszczętnie straciłam zdrowie. Piter rzyga na hasło dom na wsi. Czas to wreszcie ukończyć. Trzymajcie kciuki, bo moich mi już brakuje.

© 2025, Jo. All rights reserved.