Jak mnie jeszcze ktoś zapyta, czy byłam na marszu, to słowo daję, nie ręczę za siebie!
Nie. Nie byłam. I nigdy nie będę. Bez względu na temat.
Nie ma takiej siły, żeby mnie do tego zmusiła.
Primo: nie wierzę w siłę manifestacji.
Secundo: PANICZNIE nie znoszę tłumów.
I bardzo proszę się ode mnie łaskawie odczepić.
Podziwiam ludzi, którzy chodzą. Wdzięczna im jestem, że w jakiś tam sposób wypowiadają się również w moim imieniu. Ale na żaden marsz nie pójdę.
Już pomijając kwestie autystycznych synów oraz zostawienia ich samych w domu, ja w tłumie dostaję ataku paniki. I nie ma znaczenia, czy jest to manifestacja, przedświąteczne zakupy w hipermarkecie czy impreza masowa. Dlatego też nigdy nie pójdę na żaden koncert na stadionie, ani nie wezmę udziału w plenerowym oglądaniu pokazu fajerwerków. Chyba, że na plaży we Frejus, gdzie po prostu można było sobie przysiąść na pustym kawałku piasku, no to wtedy ok. Dla mnie tłum ludzi dokoła, taki powyżej dziesięciu osób i to znanych mi w jakiś tam sposób, jest stanem zagrożenia, na który mój organizm reaguje jak na wjechanie do tunelu. Nie wiem, czy pamiętacie: tunele w drodze na włoskie wakacje latami kosztowały mnie napady paniki, podczas których nie mogłam oddychać i – naprawdę! – pół drogi jechałam na środkach uspokajających. Od paru lat jest mi lepiej, ale przed każdym tunelem zastanawiam się, czy dam radę. No to podobnie działa na mnie tłum.
Więc uprzejmie proszę: bez komentarzy, jak ten marsz był ważny i dlaczego się niewłaściwie zachowałam. OK?
Natomiast co do tytułowych sportów ekstremalnych, to wsiadłam dzisiaj na rower.
Na rowerze, na dodatek pożyczonym od Wanat, to ja jeździłam trzydzieści lat temu, z siostrą, po Weronie. Bywało, że w różnych interesujących okolicznościach. I jeśli nie liczyć dość nieprzyjemnego epizodu sprzed dekady, kiedy to postanowiliśmy podjechać z Kabat na Marcepanową, akurat wtedy, gdy były jakieś maratony, przebiegające par excellence pod naszym starym domem i potem odcinające dostęp do nowego, a ja to przypieczętowałam klasyczną wywrotką, bo nie umiem jeździć na rowerze z hamulcami, jako że ja zawsze hamowałam pedałami na moich życiowych reliktach cyklizmu, a potem – jak już dojechaliśmy do naszego nowego domu w budowie, to się okazało, że doznane obrażenia nie pozwalają mi na drogę powrotną i musiałam czekać, aż się skończy maraton, a Piter z chłopakami wróci do domu i przyjedzie po mnie samochodem, zostawiając Paniczów samych w domu, chociaż wówczas sami nigdy nie zostawali… No więc jeśli nie liczyć tej ekstrawagancji, to ja równie dobrze mogę powiedzieć, że nie umiem jeździć na rowerze od wieków. I dzisiaj właśnie wsiadłam na rower. Bo mi w międzyczasie Piter kupił. Dwa. Z tym, że ten pierwszy był za wysoki i Jasiek z radością go zaanektował. To mi kupili drugi. Na którym nie jeździłam. Bo jestem za stara i mam problemy z błędnikiem. Ale ponieważ chodzenie na piechotę do Pałacu mnie zabija, to postanowiłam podjąć jeszcze jedną, bohaterską próbę.
Przeżyłam. Wszystko mnie boli. Od jutra zamierzam jeździć codziennie, żeby sprawdzić, czy mój błędnik da się przekonać nogom (bo to one wysiadają podczas wędrówki per pedes). Bo gdyby się dał, to by mi bardzo ułatwiło życie…
PS.
Na wypadek, gdyby nie wyszło, to mam plan zapasowy. Trzykołowy rower dla dorosłych. Niby dla połamanych reumatycznie rencistów (daleko mi nie jest… przez tocznia dwa miesiące spędziłam unieruchomiona w fotelu, pamiętacie?), ale widziałam bardzo przekonujące reklamy, że to fashion i trendy. To co mi szkodzi nieco snobizmu na starość, prawda?
© 2025, Jo. All rights reserved.