Pojechałam rowerem do kardiologa.
Tak, wiem: większość z was ma na końcu języka pytanie, czy w pakiecie był psychiatra. Już wyjaśniam.
Jak wspominałam: Piter był chory, a ja sobie poobcierałam do krwi pięty. Te dwa kilometry do lekarza były poza moim zasięgiem per pedes. No więc pomyślałam, że w tej sytuacji może bym pojechała rowerem. Czytaj tekst o moim jeżdżeniu rowerem: Sporty ekstremalne. I pojechałam. A nawet wróciłam.
Sama jestem zaskoczona.
Jako eskorta pojechał ze mną BlueBoy. Był dzielny i tylko raz zapytał (głosem mojego przyrodniego brata… serio): „Eee, mamo, ale ty wiesz, że masz hamulce, prawda?”. Jakoś tak przed skrzyżowaniem, na które niemal wjechałam na czerwonym świetle. Jakby w młodości jeździł na Pelikanie, w którym hamowało się pedałami, to by głupich pytań nie zadawał.
No więc pojechałam na tym rowerze do kardiologa. Nie umarłam. Na wszelki wypadek zrobił mi parę dodatkowych badań. Nie odesłał na sygnale do szpitala, więc chyba jakiś tam potencjał wysiłku rowerowego mam. I kiedy taka wielce zadowolona z siebie wracałam do domu, poczułam, że wyczerpałam swój limit farta na ten tydzień…
Newralgia. Ostry nerwoból, który po prostu składa człowieka na pół, na który nie działają żadne dostępne od ręki leki przeciwbólowe i przy którym perspektywa śmierci wcale nie jest aż tak przerażająca.
Ostatni raz trzymała mnie trzy doby.
Nie, nie wiązałabym jej z moją rowerową ekstrawagancją. Czysty zbieg okoliczności.
© 2025, Jo. All rights reserved.