Fattoria Il Piano

Jeżdżąc przez wiele lat do Toskanii zastanawialiśmy się, jak to jest mieszkać w jednej z tych posiadłości na wzgórzach? Bo to takie trochę filmowo-książkowe klimaty… I czy naprawdę tam jest tak, jak w Good Year czy Pod słońce (The Shadow Dancer)? Piter postanowił to sprawdzić i wynajął mieszkanie w Fattoria Il Piano – położonym tuż obok San Gimignano agriturismo.

Pierwsze wrażenie było piorunujące. I to podwójnie. Kiedy już odnaleźliśmy właściwą drogę i mimo wszystko nie zrezygnowaliśmy z ciągu dalszego podróży, zaskoczył nas widok na okolicę.

Dlaczego mielibyśmy zrezygnować? No to popatrzcie.

Było dokładnie tak, jak w filmach. Wzgórze. Gdzieś na nim nasz wakacyjny dom. A od niego dzieliła nas ostro wspinająca się pod górę żwirowa droga z zaskakującymi zakrętami. Nie wiem, czy to widać na zdjęciach, więc musicie uwierzyć mi na słowo.

Podczas pierwszego podjazdu zastanawiałam się, kiedy mój mąż powie, że nie ma mowy i w ogóle wracamy do Key. Zwłaszcza kiedy koła niebezpiecznie buksowały w koleinach wypełnionych luźnym żwirem. Ale dojechaliśmy. I przez następny tydzień codziennie przemierzaliśmy tę trasę w górę i w dół. Tylko zrezygnowaliśmy z wcześniejszego planu wyjeżdżania z posiadłości częściej niż raz dziennie…


Oprócz domu właścicieli, na terenie agriturismo znajdują się dwa inne, przeznaczone dla gości. W naszym mieściły się chyba cztery mieszkania, każde z oddzielnym wejściem, usytuowane względem siebie w sposób zapewniający prywatność. Nasze niestety nie wychodziło na patio, a z lenistwa nie chciało nam się chodzić dokoła – zresztą przecież przyjechaliśmy tu odwiedzić stare kąty w okolicy – ale znaleźliśmy to miejsce idealnym do wypoczynku w ciszy i spokoju. Mimo trwających w winnicy zbiorów nikt nam go nie zakłócał, nie zrywał o świcie terkotaniem traktora, ani nie przerywał błogostanu hałasami.

Nasze mieszkanie znajdowało się na pierwszym piętrze. Wiodły do niego schody, które zdecydowanie zniechęciły nas do jadania na świeżym powietrzu. Było to dość przykre, bo przez lata przywykliśmy do jadania w Toskanii na tarasie, ale na myśl o bieganiu po schodach z talerzami, odechciewało mi się gotować. Zwłaszcza, że w kuchni mieliśmy duży, wygodny stół.

Jak widać na zdjęciach poniżej: kuchnia była spora i wyposażona w wystarczająco dużo miejsca do gotowania. Niestety z wyposażeniem było już gorzej i pierwszy raz we Włoszech trafiliśmy na brak moki. Serio. Key powiedziała, że to jest w ogóle kpina i mamy natychmiast jej zażądać. Nie było też tarki do sera, a produkowana na miejscu oliwa się skończyła, więc z duszą na ramieniu zjechaliśmy na dół zrobić zakupy. I kupiliśmy tę mokę, tarkę oraz resztę rzeczy potrzebnych do zjedzenia kolacji.

Że można kupić gotowy starty ser?

Czy wy mnie nie obrażacie???

Z kuchni (czy też pokoju dziennego) wchodziło się do korytarza prowadzącego do dwóch sporych sypialni i łazienki. Nie wiem, jak to się stało, że nie zrobiłam zdjęcia łazienki… Pewnie z powodu rozczarowania: była mała i bez okna, ale działała bez zarzutu i nie mieliśmy problemów z ciepłą wodą. Natomiast ze względu na to, że tutejsza woda średnio nadawała się do picia – po pitną trzeba było chodzić do studni, czym został obciążony BlueBoy.

Koło łazienki znaleźliśmy schody na poddasze – niestety nieużywane, a szkoda, bo naprawdę można by było urządzić tam jeszcze jedną sypialnię. Nam na szczęście dwie wystarczyły: Piter miał relatywną przerwę w chrapaniu, ja w miarę przesypiałam noce, a paniczom udało się nie pozabijać, mimo problemów Jakuba ze zdrowiem.

Bo Kuba zachorował. I właściwie cały spędzony w San Gimignano balansowaliśmy na krawędzi katastrofy. Wszystko wskazywało na problem gastrologiczny (okazało się potem, że to efekt wielotygodniowego stresu spowodowanego sytuacją w ośrodku), ale i tak codziennie rano gotowaliśmy Kubie owsiankę, bo to była jedyna rzecz, którą był w stanie zjeść.

Tu chciałam bardzo podziękować Key i Madre za wsparcie na odległość, dobre rady i nazwy włoskich leków, którymi ratowaliśmy sytuację.

Skoro o jedzeniu mowa: od zawsze gotuję na wakacjach. Ja to lubię, nawet jeśli moja wakacyjna inwencja twórcza ogranicza się do kupienia w sklepie gotowych tortellini. Tym razem nie bardzo nam się to gotowanie udało, bo raz, że Kuba, dwa – schody, więc czasami Piter otwierał drzwi na ganek (?) i udawał, że je na świeżym powietrzu. To znaczy świeżego powietrza mieliśmy pod dostatkiem, tylko tej powierzchni „tarasowej” było zbyt skromnie na postawienie stołu. Za to idealnie wystarczało pod suszarkę do prania…


Pralka do dyspozycji gości znajdowała się w pawilonie koło basenu. W pierwszej chwili nieco mnie to przygnębiło, ale w praktyce okazało się zupełnie niekłopotliwe. Jednak suszyć pranie woleliśmy na ganku, nie do końca ufając zmiennej pogodzie. W razie deszczu nie musieliśmy biec na drugi koniec posiadłości, gdzie mieściła się suszarnia.

Skoro już rzuciliśmy okiem na nasz drugi wakacyjny basen, przejdźmy się po reszcie posiadłości.

Główny budynek robił bardzo przyjemne wrażenie. Kameralny, spójny, typowy dla Toskanii. Miło było na niego patrzeć.

Z położonego koło cantiny drugiego domu z apartamentami dla gości roztaczał się niezapomniany widok. Tu też organizowane są degustacje lokalnego wina.

Ominęło nas zwiedzanie winnicy i degustacja produkowanych tu trunków – nie zdążyliśmy wrócić z małej wycieczki do Vinci, ale na spacery po okolicy nie musieliśmy się zapisywać. Zresztą amatorów wędrówek po tutejszych wzgórzach spotykaliśmy na każdym kroku. Bo faktycznie Chianti oprócz swych win i jedzenia, miast i sztuki, oferuje wspaniałe widoki i trasy wycieczkowe. Spokojne, bliskie natury. Żadnych wypełnionych tłumami autokarów. My to mieliśmy na wyciągnięcie ręki.



Mieliśmy również Dzień Batmana.

„A mogę sobie wybrać inną koszulkę z wakacji? No wiesz… taką, która mi się podoba?” BB, San Gimignano 2022


Trafiliśmy na dość kapryśną pogodę: raz przygrzewało słońce i było gorąco, innego dnia pochmurne niebo kazało się zastanowić nad sensownością planowanej wycieczki. Przeżyliśmy burzę z piorunami i ulewę, która była uprzejma zaczekać, aż wsiądziemy do samochodu. Ale zanim zaproszę was na kolejne relacje z naszych tegorocznych wakacji, chciałabym pokazać, jak wyglądało wyrzucanie śmieci.

Wiecie, że włoskie podejście do segregowania odpadów, to (w pewnym sensie) moja guilty passion. Kiedy trzynaście lat temu spędzaliśmy wakacje w Villa Calcinaia, zaskoczyło nas, że worki ze śmieciami musimy wywozić poza posiadłość, do śmietników ustawionych przy drodze lokalnej. Tym razem zaskoczeni nie byliśmy. A wywożenie ich do oddalonych o dwa kilometry kontenerów doskonale się przydało jako argument „a tobie jest ciężko wynieść te worki za furtkę w domu???” (na wieczne utyskiwania, że nie mieszkamy w bloku i nie mamy zsypu na klatce schodowej).

Z tymi śmietnikami na włoskiej prowincji trzeba czasem uważać, bo stoją w najróżniejszych miejscach. I nikogo nie dziwi blokujący ruch samochód, z którego wysiada pani w szpilkach lub pan w garniturze z workami śmieci. Trzeba wtedy spokojnie zaczekać, aż umieści worki w odpowiednich kontenerach i wróci do auta, żeby ruszyć w dalszą drogę.


Tu kończy się moja relacja z Fattorii Il Piano. Miejsce piękne i spokojne. Idealne dla kogoś, kto chce odpocząć. Mniej idealny jest dojazd do niego i uważam, że powinni to zaznaczyć w internetowej ofercie. Piter jest doskonałym kierowcą, ale i tak byłam pełna podziwu, że udało mu się wjechać na górę. Grand Voyagerem byśmy tego nie zrobili.

Nadal uważacie, że przesadzam?

OK.


Tu znajdziecie więcej informacji o FATTORIA IL PIANO

https://www.fattoriailpiano.it/

© 2022 – 2023, Jo. All rights reserved.

3 Comments

Add Yours

Leave a Reply