Coś się kończy…

Zbliżamy się nieuchronnie ku końcowi Rutyny. Wiem, wiele razy ten koniec zapowiadałam i jakoś nigdy nie dotrzymałam słowa. Ale teraz jest inaczej.

Bywam tu coraz rzadziej, Coraz mniejszą mam frajdę z pisania. Coraz bardziej jestem zmęczona. Życiem. Może nie to, że brakuje mi tematów, ale wyczerpała mi się motywacja do pisania. A bez motywacji, to sami wiecie, jak jest.

Jutro stuknie nam ćwierćwiecze. To dobra okazja do podsumowań, ale i zastanowienia się, co dalej. Bo jakieś dalej przecież będzie.

Te podsumowania i refleksje nie są zbyt radosne. Może nie, że totalny dramat i tragedia, ale skłamałabym mówiąc, że wszystko poszło zgodnie z oczekiwaniami. Życie.

Gdzieś tam naiwnie wierzyłam w magię liczb. Wiecie, że jak się kończy np. 50 lat, to coś tam, a jak 25 małżeństwa, to coś. Że 55 urodziny będą takim punktem zwrotnym, albo że 10 rocznica czegoś tam zmieni relacje w rodzinie. Tymczasem jest jak u Sanah: taki dzień mijał i nic się nie zmieniało.

Dlatego postanowiłam nie czekać na cud i sama zmienić to, co mogę. Jeśli mogę. Póki mogę. Pewnie gdzieś tam się znowu pojawię, chociaż nie mam pojęcia kiedy, gdzie i w jakiej formie.

Nie znikam zupełnie. Zostaję tu, na Błoniach Wilanowskich. Zostaję na FB i IG. Moje lalki zostają – zawsze możecie mnie tam znaleźć. Zresztą ten blog też przez jakiś czas zostanie jeszcze w Internecie…

Dziękuję.
Wasza Jo

© 2025, Jo. All rights reserved.