W wakacyjnej kuchni

Dziennik podróży. Dzień trzeci.

Być może stwierdzenie, że jeżdżę do Włoch, żeby tam sobie pogotować, byłoby pewnym nadużyciem, ale…

Prawda jest taka, że każde wakacje zaczynamy od wizyty w supermarkecie, a potem z rzadka bywamy w restauracjach (głównie dlatego, że nas na nie nie stać) i gotujemy w domu. I ja to gotowanie po prostu uwielbiam!

Szczególną miłością pałam na wakacjach do supermarketów, sklepików i targów włoskich i francuskich. Nazwijmy to po imieniu: po przekroczeniu ich progów wpadam w totalną ekstazę i zazwyczaj kupuję więcej jedzenia, niż to przewiduje menu, ale nie mogę się oprzeć. I owszem – zdarza się Piterowi odciągać mnie od lodówki z serami, albo przekonywać, że nie potrzebujemy sześciu rodzajów pomidorów. Przyznaję. Ale potem karnie staję przy garach. I nie wiem dlaczego ta sama pasta, robiona w Castiglione smakuje inaczej niż w Warszawie. Sprawdzone. Wielokrotnie.

Co jemy? Na ogół właśnie pastę, bo robi się ją szybko, a rodzaje makaronów hipnotyzują. Czasem tortellini lub ravioli, których Kuba nienawidzi, więc wyszukujemy pierożki w takich kształtach, żeby można mu było zasugerować ich pierogowatość nie tortellinowość. Wymaga to stalowych nerwów, wyrazu twarzy pokerzysty i nie zawsze gwarantuje sukces, ale warto podjąć ryzyko.

Kiedy mieliśmy dom z tarasem lub ogródkiem, Piter grilował ryby kupowane w porcie. Tym razem nie mamy możliwości grilowania w mieszkaniu, więc na ryby pójdziemy do restauracji. Podobnie z pizzą. Jesteśmy przecież w Italii! Ale już mięso a la pollo allegro robimy sami. Więc trochę tego gotowania w wakacyjnej, na ogół średnio wyposażonej kuchni, mamy.

Czasy, kiedy zabierałam ze sobą pół własnej kuchni, minęły wraz z erą naszego nieodżałowanego Grand Voyagera i bywa, że zgrzytam zębami, bo nie ma odpowiedniego noża, tarki do sera, czy o zgrozo! kawiarki. Jak trafiło nam się mieszkanie bez cafffettiery, to mi zdumiona sister kazała natychmiast składać reklamację u właścicielki obiektu. „Moki nie macie??? WE WŁOSZECH???”. Więc i tak się zdarza. Wiecie ile patelni poprzywoziłam przez te wszystkie lata z wakacji?

Uwielbiam włoskie supermarkety, bo pozwalają mi przez tydzień lub dwa pożyć tutejszym życiem. Być może przypominają tym samym lata mojej młodości, kiedy przyjeżdżałam do Key i gotowałyśmy same proste włoskie dania. I te nieco późniejsze, gdy uczyłam się gotować po włosku od Włoszek… Więc wychodzi mi na to, że to całe wakacyjne gotowanie z lokalnych produktów, jest jednocześnie podróżą sentymentalną, jak i podtrzymywaniem pewnej tradycji, co nadaje tym wyjazdom mniej turystyczny charakter (to tak na marginesie memów, że wszyscy są turystami poza mną, albo internetowych porad: „Jak we Florencji nie wyglądać jak turysta” – wiecie, co mam na myśli?).

Teraz na przykład nasze zakupy wyglądały tak, że Kuba snuł się ze znudzoną miną (ale sam w domu na godzinę nie zostanie), Jasiek miotał między lemonsodą, a Pan di Stelle, narzekając, że nie ma płatków śniadaniowych, a my z Piterem usiłowaliśmy poskromić żądzę wrzucenia do koszyka wszystkich rodzajów makaronów i połowy działu z winami.

No właśnie… wino…

Nie chcę psuć wakacyjnego nastroju, ale czasami przychodzi taki moment, kiedy ulubiony dział w supermarkecie…

I powiem wam, że jest to moment smutny… Wręcz załamujący…

Na szczęście pozostają nam te pomidory, sery i małe cukinie. Da się jakoś żyć…

© 2025, Jo. All rights reserved.