Jeśli zastanawiacie się, dlaczego urwały się relacje z wakacji i czy przypadkiem jakoś niezapowiedzianie nie musieliśmy ich przerwać, to zbyt daleko nie odbiegacie od rzeczywistości. Drugi tydzień wakacji był tak wyczerpujący, że potrzebowałam paru dni, aby ochłonąć, zanim cokolwiek o nim napiszę. Inaczej wpis zawierałby wyłącznie wulgaryzmy i groźby karalne, a ja musiałabym zmienić kategorię tego bloga na tylko dla dorosłych. Ale po kolei.
Pożegnanie z morzem
Ostatni dzień nadmorskich wakacji rozpoczęliśmy plażą, a zakończyliśmy kolacją w Il Granaio. Jedno i drugie było słodko-gorzkie. Plaża, bo to ostatni dzień. A restauracja… O restauracji za moment.
Poszliśmy do skałek, na pożegnalny spacer i w nadziei, że może uda mi się zrobić jakieś lalkowe zdjęcia. Spacer był udany, chłopaków kąpiel w morzu również, ale zdjęcia mnie pokonały, mimo że wpakowałam się do wody, żeby złapać kadry bez ludzi. Słońce znowu było tak ostre, że nie widziałam niczego na wyświetlaczu telefonu, więc te zdjęcia robiłam w ślepo, mając nadzieję, że cokolwiek złapałam.
To miejsce przy skałkach na końcu plaży od dwudziestu trzech lat jest dla mnie symboliczne. I w nim pożegnałam się z Castiglione, być może tym razem na zawsze.
A z restauracją było tak, że Piter nagle dostał zaćmienia i nie dość, że nie mógł sobie przypomnieć żadnego zwrotu po włosku, to na dodatek nie kliknęła mu opcja przejścia na angielski, więc ja – już na lekkim wkurwie – musiałam się produkować, a przypomnę, że upał nie jest kompatybilny z toczniem i Hashimoto, więc było niefajnie. Do tego stopnia, że zamówiłam zupełnie inne danie, niż chciałam i chłopaki wcisnęli mi w ramach rekompensaty to właściwe, a potem musieli pomóc je zjeść. Co było dość interesujące, bo okazało się, że Kuba je ośmiorniczki, a Janek kalmary…






Ponownie w drodze
Pięciogodzinna podróż z Castiglione do Piemontu była upiorna. Jakub przez cały ten czas urządzał nam histerie, że tylko-nie-do-Trany. I nie pomagały żadne tłumaczenia, że tak, wiemy, właśnie dlatego wzięliśmy mieszkanie w Aviglianie. Żeby nie musiał zatrzymać się u mojej siostry.
Nie wiemy skąd mu się wziął ten problem. Jako dziecko jeździł do niej co roku i wszystko było w porządku. I nagle, w pewnym momencie zawiesił się na tym tylko nie do Trany. Nie wiadomo dlaczego. Przy czym to zawieszenie, to nie jest tylko marudzenie na temat. To jest histeria, to są awantury, to jest protest i odmowa w ogóle wyjazdu do Włoch, byle nie pojechać do domu Key.
Wzięliśmy ten apartament. Blisko, więc zakładaliśmy różne opcje. Na przykład tę, że ja sobie pojadę na noc do sister, pogadać bez chłopaków. Odpocznę od nich przez chwilę. W normalnej sytuacji (czytaj: gdybym nie miała fobii samolotowej), pojechałabym sobie do niej na mały urlop, sama. No a że o normalności trudno tu mówić, to chociaż skorzystałabym z tej rodzinnej wyprawy, żeby złapać oddech. Poza tym cały tydzień mieliśmy sobie tam siedzieć, gotować po włosku, zwiedzać okolicę, w tym wreszcie Turyn i kilka innych miejsc. Aviglianę znamy, jeździmy tam przecież od osiemnastu lat.
Taki był plan.
Apartament…
Wynajęty apartament mieścił się w centro storico. Dokładniej: na tyłach budynków przy głównym placu. Wiecie, przy takiej uliczce, co niby jest jeszcze w samym centrum historycznym, ale na uboczu i mało kto tam chadza. Malowniczo. Nieco ciasno, bo jak zaparkowaliśmy, żeby wypakować bagaże, to nie zmieścił się bokiem nawet skuter. Mieszkanie w opisie miało siedemdziesiąt metrów, kuchnię z wyposażeniem, pralkę w łazience i obłędny widok na dachy Avigliany.
Wyczuwacie zwrot akcji? Jestem z was dumna.
Widok faktycznie był obłędny. Ale oprócz widoku był jeszcze koszmarny zaduch, zapach elektrofumigatora, którego nie dało się wywietrzyć, pełno pierdółek poustawianych na półkach, szafki i szuflady oklejone żółtą taśmą z napisem: NIE OTWIERAĆ! Było ciemno, duszno i ja się poryczałam.
To nie był apartament turystyczny, tylko jakby część mieszkania po zmarłej ciotce, która została udostępniona na Booking.com. A zza przesłoniętych zasłonką drzwi słychać było rozmowy właścicieli. No i było brudno.
I w tym momencie było mi wszystko jedno. Miałam w głębokim poważaniu koszty. Zarządziłam odwrót.




Moranda
Spędziłam tam noc. Nie wiem, jakim cudem przeżyłam, bo ja się tam po prostu dusiłam. Dosłownie. Nie mogłam oddychać. Otwarcie okna nie pomagało: wszędzie było tak samo duszno, a z ulicy jeszcze dodatkowo śmierdziało. Niski parter i ta wąska uliczka, więc jak ktoś nią przechodził czy przejeżdżał, to mając nogi dwa metry od ściany czułam jakbym spała na ulicy. A, bo te cztery miejsca do spania oznaczały podwójne łóżko w pokoju wychodzącym na balkon, dostawkę tamże oraz rozkładany fotel w soggiorno… No właśnie… siedemdziesiąt metrów, to chyba było łącznie z balkonem. A kuchni bym nie tknęła, bo musiałabym ją wcześniej wyszorować.
Ale wracając do Morandy. Po tej upojnej nocy, podczas której na wszelki wypadek sprawdzałam numer na pogotowie, przeniosłam się do siostry. Nieco urażonej naszą idiotyczną decyzją o wzięciu innego lokum, aczkolwiek rozumiejącej sytuację z zawieszonym Jakubem. Jasiek się podpiął i w Aviglianie został Jakub oraz biedny Piter. Ale jeździli tam jedynie na noc. Resztę dnia spędzaliśmy u Key albo na wycieczkach.
No i teraz pytanie: Czy Kuba zmienił zdanie?
Jakub
Był konsekwentny. Uparcie twierdził, że tak, jest zadowolony i owszem woli Aviglianę od Morandy. Nieco zmiękł po drugiej nocy, ale upewniał się, że on i tata jadą tam na nocleg. Kilka razy przypomniał nam, że nie chce być w domu mojej siostry, w sposób autystycznie zdecydowany, aczkolwiek pozbawiony sensu. Bo tu się pieklił, a równocześnie z upodobaniem jadł dania, specjalnie dla niego przygotowane. On, który w Polsce „nienawidził kebaba włoskiego”, tam rzucił się na niego jakby od tygodnia nic nie jadł… A potem poszedł sam (!) na spacer z kuzynami, Jaśkiem i przyjaciółką Nicholasa, nad rzekę, a my dostawaliśmy zawału, bo nie było ich z półtorej godziny i zrobiło się ciemno… A innego dnia wziął mojego kompa i układał pasjanse w „swoim” pokoju (czyli tym, w którym zawsze mieszkał u Key) ustawiając obok zdjęcie Dziadka Maćka… A potem znowu było piekło. Po którym oglądał, bardzo zadowolony, japońskie kreskówki… A na koniec poszedł do ciotki do gazebo w ogrodzie i sobie z nią posiedział…
Więc jeśli to nie był emocjonalny rollercoaster, to nie wiem, co nim jest.
No to zmienił zdanie, czy nie?
Obawiam się, że musicie zaczekać na następne wpisy…
© 2025, Jo. All rights reserved.