Wysłałam męża do sklepu po ziemniaki i cebulę. Dzwoni, że są ładne podgrzybki i czy kupić. Teoretycznie wszystko do siebie pasuje. Te ziemniaki, cebula i podgrzybki. Tylko, że mamy sierpień!
Na chwilę się zawiesiłam. Jakie podgrzybki??? Przecież jeszcze nie robiłam brzoskwiń z morelą! Przede mną tona pomidorów! A gdzie śliwki, na litość boską?! PODGRZYBKI???
I ja wam się przyznam: to jest dla mnie absolutnie niedopuszczalne zaburzenie kalendarza! Bo nie mając już firmowych dedlajnów ani rytmu roku szkolnego, żyję od paru lat według sezonowej kuchni. Możliwe, że wróciłam do średniowiecza, możliwe… nie będę się kłócić… Ale trzeba mieć jakieś ramy życiowe i niekoniecznie chciałabym, żeby były nimi chrzciny, śluby i pogrzeby.
No więc mamy te podgrzybki i teraz myślę, co z nimi zrobić. Znaczy: z nich. Bo psychicznie jestem nadal przy bakłażanach i cukinii i takich podgrzybków w ogóle nie przewidziałam w przewidywaniu.
Nie lubię niespodzianek. W przeciwieństwie do grzybków. Więc chyba się złamię i machnę jakąś pastę czy zapiekankę..
© 2025, Jo. All rights reserved.