Piekło było dosłowne: trzydzieści osiem stopni w cieniu i pomarańczowe alerty w trzynastu miastach Włoch. Piasek na plaży po prostu palił stopy. Ratowała nas klimatyzacja. Chyba, że jej nie było. Musieliśmy zmienić wszystkie wakacyjne plany. I to niezwłocznie.
Nad morzem praktycznie zrezygnowaliśmy z jakiegokolwiek zwiedzania i odpuściliśmy sobie flamingi. Wejście między mury przenosiło człowieka do wnętrza pieca do pizzy, a wyschnięte rozlewiska po prostu śmierdziały i półtorej godziny pływania po nich łódką nie miało najmniejszego sensu. No i same flamingi się gdzieś pochowały, a Piter słusznie zauważył, że jeśli mnie rozłożyło po kwadransie w słońcu, z blokerem UV, kapeluszem i parasolką, to na wodzie chyba bym umarła.
Plany piemonckie obejmowały Turyn, Giaveno, jakieś parki naturalne… Musieliśmy zrezygnować. Poza tym skróciliśmy pobyt w Aviglianie do trzech dni, bo nawet po mojej i Jaśka przeprowadzce do Key, Piterowi i Kubie nie było łatwo tam wytrzymać, choć jeździli jedynie na nocleg.
Te trzy dni wykorzystaliśmy jak się dało najlepiej. Spędziliśmy dużo czasu z rodziną. Jasiek ciągle gdzieś chodził z Nicholasem, ja gadałam z sister, Piter ze Ste, a Jakub… Jakub wpadał ze skrajności w skrajność, a że upał wszystkich nas już wymęczył do granic wytrzymałości, łatwo sobie wyobrazić, dlaczego w tytule posta obok piekła pojawili się szatani. O dostosowywaniu się do Pitera calli służbowych jeszcze wspomnę.
Miałam nadzieję, że trochę sobie jeszcze tam pożyję po włosku, ale nie wyszło. Te trzy dni były w sumie na biegu i nie wiem, kiedy minęły. Zrobiliśmy jedną wycieczkę, za to dwukrotnie, ale o tym będzie pisać Janek. Machnęliśmy jakieś drobne zakupy, bo na większe już nam nie wystarczyło pieniędzy. Tak, będzie o tym dlaczego. Jedliśmy lody z Bramante i genialnego melona. Siostra przegoniła nas po lesie, na wycieczce do górskiej rzeki. Dałam radę, ale była to z mojej strony galopująca głupota, za którą potem zapłaciłam.
Niestety zbyt wielu zdjęć nie będzie, bo moi siostrzeńcy nie wyrażają zgody na publikację ich wizerunków w social mediach.







Z Piemontem pożegnaliśmy się tradycyjnym śniadaniem w Cafe Roma w Giaveno. Przypomniał nam się zjazd rodzinny sprzed trzynastu lat. Jaśka: „Nie mogłem być nieuprzejmy, skoro ten pan w barze włączył mi grę za darmo!”. I tego, że dziadek Maciek kupił mu lego w kiosku obok. Powspominaliśmy ślub mojej siostry i Leona wyrywającego bramę z rolek w ramach gestu powitalnego. Smutno nam się zrobiło. I tak jakoś nostalgicznie. Żal tamtych czasów. Żal ludzi, których już z nami nie ma…
Poszliśmy na spacer. Po Giaveno, które latami uznawaliśmy za zbyt nudne i nieciekawe. Zdumiało nas, jak bardzo za nim tęskniliśmy…
© 2025, Jo. All rights reserved.