Ostatni Dzień Lata’25

Mój mąż uczcił ostatni dzień lata ogrodową demolką.

Ale spokojnie.

Nie będziemy sadzić bambusa. Ani roślin pod ochroną. No wiecie, jak w tych memach: „Jeśli zakopiesz zwłoki w ogródku, posadź na nich endemiczne rośliny pod ścisłą ochroną.”. Absolutnie nie.

To był szał na zamówienie.

I słowa nie napiszę o skandalicznym zaniedbaniu. Wieloletnim. Patrzcie: milczę, jak grób. Będę mówić wyłącznie o pozytywach.

Naprawdę nie wiem, co ja z tym grobowcem w ogródku…

No więc poszły nam tuje. Nie do końca wiemy, czy to tegoroczna inwazja dumka jałowcowego (kosi równo, pół okolicy jest porażona), czy coś innego, ale wyglądają fatalnie. To znaczy wyglądały fatalnie takie pousychane masowo, a teraz wyglądają jeszcze gorzej, jak je Piter poucinał. My też wyglądamy. Zza nich. Takie mamy dziury w żywopłocie. Najgorsza jest ta przed oknami jadalni – co chwilę wydaje mi się, że ktoś chce się włamać, a to najczęściej jest osiedlowy ochroniarz na patrolu. Jak mnie nie wykończy aktualny rzut tocznia lub bóle newralgiczne, to zejdę na zawał, mówię wam.

Ale wracając do prac ogrodowych na koniec tego nędznego sezonu. Wywalił mi prawie wszystko. Te uschnięte tuje. Rozrośnięte łyse jałowce okrywowe. Ze dwa worki milinu (milina? cholera go wie…) i kapryfolium. Oraz bluszcza. Róże. Mrowiska. A, nie – mrowiska to ja z Jaśkiem… No ale dużo tego było i pewnie przez następny tydzień, siedząc na tych Nokiowych callach będzie miał co wspominać. Bo jak już wyrwał, wykopał i poobcinał, to trochę pokopał i posadził. Bo ja, jak ta inwalidka, tyłka z fotela nie mogłam podnieść.

No i teraz tam, gdzie były te okrywowe łyse jałowce, są byliny. Bo na odzyskanej ziemi (strasznie dużo jej jest… jakieś dwa metry kwadratowe…) postanowiliśmy założyć angielską rabatę. No i najpierw przesadziliśmy peonię (ciekawa jestem, czy to przeżyje… i czy w ogóle kwitnąć będzie, bo zapomniałam mężowi przypomnieć, że peonię trzeba płytko sadzić…). A potem jeżówki, rozchodniki i pięciornika. No i trochę narcyzów. I oczywiście to nie koniec, powiedziałabym, że wręcz przeciwnie: dopiero zaczynamy reanimacyjną rewitalizację Marcepanowego Ogródka, ale że koniec lata świętowaliśmy przy grillu, to musiał Piter zakończyć kopanie i wziąć się za mięso. Teraz walczy z pomidorami, a ja zdycham i modlę się, żebym jutro była w stanie wstać. Z tego fotela. Bo jednak oni wszyscy domagają się jakiegoś pożywienia i wychodzi na to, że właśnie ja muszę je przygotować. Niestety.

© 2025, Jo. All rights reserved.