Dziennik podróży. Dzień drugi.
Co można napisać o dniu, w którym niemal nie wysiada się z samochodu? Że „to jest ostatni raz, kiedy spędzam dwa dni w aucie, bo następnego nie przeżyję”? Mało atrakcyjne, chociaż do bólu (par excellence) prawdziwe. Ja się do tego nie nadaję. Za stara jestem. A moje stawy wyrażają swoją opinię w bardzo zdecydowany sposób.
Nie nadaję się również do szalonego życia nocnego alla italiana, ale o tym trochę później. Kiedy w tej relacji dotrzemy na miejsce naszych wakacji. Zanim to nastąpi, zjemy artystyczne śniadanie na werandzie hotelu Leo, przejedziemy przez Austrię i połowę Włoch, zatrzymując się (tradycyjnie) na pierwszym Autogrillu po włoskiej stronie, martwiąc się o Kubę, który znowu ma problem z palącą zgagą, zjemy (a przynajmniej ja to zrobię) zapas leków przeciwbólowych i skomentujemy nienastępujące zbyt pochopnie zmiany w budowie brakujących odcinków autostrady do Grosseto.



Zatrzymaliśmy się w Apartamenti Meri – naszej miejscówce sprzed dwóch lat. W przypadku Paniczów znajomość miejsca bywa kluczowa. Pewnie dlatego jeździliśmy w to samo miejsce przez całe ich dzieciństwo: dawało cień szansy, że sobie poradzą. No właśnie… „Nasz” dawny dom znowu jest wynajmowany, tylko nie widać na nim żadnej informacji z numerem telefonu…
Wracając do Apartamentów Meri: łazienka nadal wymaga ostrożności podczas używania wody. Z jednego kurka leci dracarys, z drugiego winter is comming i trzeba cholernie uważać, żeby się nie poparzyć. Przypomnę: tu jest JAKUB.
Natomiast mamy klimę, co przy trzydziestu stopniach o dwudziestej drugiej na zewnątrz jednak robi różnicę. Od wczoraj zastanawiamy się, jak my wytrzymywaliśmy te upały przez ćwierć wieku??? Piter twierdzi, że byliśmy młodsi, a ja wtedy nie chorowałam na tocznia i Hashimoto, które ciężko doświadczają przy upałach. Pewnie tak.
Castiglione powitało nas upałem, tłumami i zamkniętym przejazdem przez miasto. Od Valentiny dowiedzieliśmy się, że wprowadzono zakaz wjazdu pojazdów w godzinach wieczornych, kiedy te tłumy pałętają się wszędzie i wpadają pod samochody, po jakiejś dramatycznej sytuacji, w której zginęły trzy osoby. Po 23 latach przyjeżdżania do Casti mogę powiedzieć tylko jedno: Dopiero teraz? Nasza wieczorna passieggiata była prawdziwym wyzwaniem. Łomot muzyki dobiegającej z restauracji, każdej inna oczywiście. Tłumy ludzi. Palących papierosy (a nawet cygaretki, bo tu wszyscy tym smrodzą…). Puszczone na żywioł dzieci. Młodzież prężąca swoje nastoletnie hormony przed resztą świata.
Benvenuti in Italia!
Na IG i FB możecie obejrzeć relację z tego dnia w postaci nagrania. Tu pokażę wam tylko te wieczorne tłumy…
© 2025, Jo. All rights reserved.