It’s about passion.

Zapraszam na nowy cykl wpisów, pod tytułem: Jo w ogrodzie. 2025

Dorwały mnie algorytmy i niemiłosiernie bombardują wpisami, filmikami i artykułami (to ostatnie najrzadziej, ale zdarza się) o tym, co powinno być moim lajfstajlowym panaceum. Robienie dżemów, ogrodnictwo, pływanie w rafach koralowych i kupowanie torebek za pięcioletnie wynagrodzenie mojego męża. Z premiami i zwrotem podatku.

Na dżemy to jednak trochę za wcześnie, nie mieszkamy w Kalifornii. Rafy koralowe uwielbiam, ale nie w połączeniu z pływaniem (które nie załapie się u mnie na żadną kategorię, poza „ktoś chce mnie zabić”). A co do torebek… to zakup jakiejkolwiek, nawet za cenę wody mineralnej, spowoduje natychmiastową eksmisję i nie będę mogła mieć do nikogo o to pretensji.

Pozostało mi zatem ogrodnictwo. I tu absolutnie zgadza się motywacyjny slogan. Bo ogrodnictwo to jest pasja. Najczęściej szewska.


Nienawidzę siłowni i ćwiczeń rehabilitacyjnych. Wykonanie skłonu uruchamia u mnie refluks, przy tych idiotycznych wymachach rękami i nogami mój błędnik szaleje, a podniesienie piłki lekarskiej powoduje stan zawałowy. Ja po prostu nigdy nie byłam typem sportowca, a i od dzieciństwa nikt mnie nie zachęcał do aktywności ruchowej. Lubię spacery i to wyczerpuje moje możliwości.

No chyba, że mówimy o ogrodzie…

Bo w ogrodzie, proszę państwa, kopię, pielę, wycinam, przenoszę, schylam się, kucam, targam wory z ziemią dopóki mi ich mąż z rąk nie wyrwie, szarpię się ze zbyt ukorzenioną lawendą, która wrosła pod płyty patio… I nie umieram. Wręcz przeciwnie: mam wrażenie, że ta cała praca daje mi więcej, niż podnoszenie ciężarków i rozciąganie mięśni na nowoczesnych maszynach.

Bo tu przecież chodzi o pasję!

Ostatnie pół roku spędziłam leżąc lub siedząc w fotelu i ładując w siebie środki przeciwbólowe, więc staram się być rozsądna. Nie mam siły, więc nie szaleję i dzisiaj popracowałam ledwie godzinę. Niezbyt dużo zrobiłam, ale pocieszam się, że każdego dnia będę mogła nieco więcej. Bo ja się strasznie zawzięłam na ten ogród.

Nie będę wam wrzucać zdjęć z kolejnych etapów naszych ogrodowych rewolucji. Mam litość.

No dobra: wiem, że wtedy nikt by już mi tu na bloga nie zaglądał.

Ale latem, jak to wszystko ruszy… będzie pięknie. I tej myśli będę się trzymać, jak jutro rano nie będę mogła się zwlec z łóżka przez zakwasy 😀

© 2025, Jo. All rights reserved.

2 Comments

Add Yours
  1. 1
    Quackie

    Ad vocem ws. raf koralowych – pomijając ten szczegół, że trzeba tam kilka godzin lecieć samolotem, a potem wrócić tyleż samo (zapewne w kabinie pełnej innych ludzi i ich bardzo różnych zapachów), to wcale niekoniecznie trzeba na nich (umieć) pływać.

    Można się unosić w kapoku, poza tym woda w Morzu Czerwonym jest słońsza od takiego np. Bałtyku, więc dużo lepiej wypiera, a znam i miejsce, gdzie można sobie pobrodzić, tak do pasa, nachylając się tylko z maską na paszczy nad co ładniejszymi kawałkami rafy (albo jeszcze inaczej, położyć się na wodzie, trzymając się dna ręką albo nogą – byle nie zahaczyć o ostrą koralową skałę, to już b. nieprzyjemne otarcie).

    Oczywiście to nie to samo, co rafa na głębokości paru metrów, ale nadal widoki zachwycające takiego laika jak ja 🙂

Leave a Reply