Dzień Matki’25

Wiem, wczoraj był. Nawet miałam przygotowane zgrabne Manifesto na tę okazję, że gardzę takimi Dniami, bo z moich zgrubnych obliczeń wychodzi mi jakieś dziesięć tysięcy dwieście dni matki, w tym część dubeltowo. I jakieś szczególne szopki dwudziestego szóstego dnia maja mnie po prostu śmieszą. A oczekiwania składania życzeń matkom-jedynie-z-nazwy, bo nie zaangażowania, uważam za praktykę żenującą i wypaczającą ideę macierzyństwa. Ale zanim zdążyłam go wrzucić na bloga, zajęły mnie inne sprawy.

Postanowiliśmy z BlueBoyem zrobić sobie spacer. Po mydło. Do Śródmieścia. A przy okazji zajrzeć do Kamieniołomów i kupić pączki na Chmielnej. I nie miało to nic wspólnego ze wspomnianym w tytule Dniem Matki. Po prostu tak sobie.

Ponieważ mieszkamy na peryferiach, najpierw trzeba dojść półtora kilometra do tramwaju. Jasiek to robi w dziesięć minut, jeśli idzie sam. Z mamusią zajęło mu to jakieś dwadzieścia. Przy czym mniej więcej w połowie drogi mamusia odnotowała niepokojący ból. Tak, sezon na poobcierane stopy uważam za otwarty.

Chodziłam już w tych butach, nie że nówki. Nic się nie działo. I właśnie wczoraj okazało się, że jednak nie jesteśmy kompatybilni. W sumie małe zaskoczenie, bo ja generalnie mało z którymi butami kompatybilna jestem. Jednak poobcierane stopy na początku wycieczki nie zapowiadają się zbyt optymistycznie. I rzeczywiście: ledwo się do tego tramwaju dowlokłam, mając nadzieję, że po jego opuszczeniu natychmiast znajdę aptekę. Z plastrami na otarcia.

Tak że pierwsze raporty wysyłane do Pitera brzmiały jakoś tak: zrąbane stopy*tramwaj*perfumy*cholera zimno, widać klima im tu działa!

Pogodę mieliśmy śliczną, jedynie ołowiane chmury wzbudziły w nas refleksję o niezabraniu żadnego parasola, ale aptekę znaleźliśmy niemal natychmiast, Kamieniołomy oferowały dniomatkową zniżkę, a przy okienku z pączkami nie było kolejki.

Ponieważ na niedawne imieniny dostałam od Janka szkocką krowę, postanowiliśmy nie narażać portfeli na dalsze nieplanowane wydatki i ominęliśmy sklep Bukowski. Takim skrótem koło… księgarni… Mam mówić dalej?

No więc w tej maleńkiej księgarni była jakaś część Lassego i Mai, której Jasiek jakimś cudem nie ma. A potem niechcący znalazłam Małą Księżniczkę, w jedynie słusznym przekładzie Komarnickiej, gdzie Rózia to Rózia, a nie jakaś tam Becky i ja o tym jeszcze kiedyś napiszę. Na przykład jutro. No i sami rozumiecie, jak to się miało do portfela…

Po drodze zaliczyłam jeszcze dwa przystanki na doklejenie plastrów, co mnie naprawdę podłamało, bo ja nie mam w tym momencie ani butów, w których mogłabym chodzić, ani pieniędzy na nowe, ani nawet pomysłu, skąd je wziąć. Zarówno pieniądze, jak i właściwe buty. I ja się za chwilę po prostu…

Zanim jednak zrobiliśmy sobie krótką przerwę na coś do picia i zebranie sił na powrót do domu, był jeszcze sklep z mydłem marsylskim. W sumie nie tylko marsylskim, bo przeróżnym, który przypomniał nam dawne wakacje w Port Frejus i marché provençal, o których pisałam w Codzienniku, a na blogu jakoś mi zginęły… No właśnie, chyba jednak postaram się wreszcie zmobilizować i zbiorę te nasze wakacyjne historie w jakąś całość, bo zaczynają mnie męczyć…

Ale wracając do sklepu: było bardzo prowansalsko. I pachnąco oczywiście. Mój limit w takich miejscach nie wykracza poza dziesięć minut, góra do kwadransa. Ale mydła kupiliśmy, w akceptowalnej cenie. I mieliśmy trochę śmiechu, bo przypomniało nam się, jak BB – wielki fan Louisa de Funèsa (cholera, jak on się odmienia?!) oraz Żandarma, kompletnie nie kojarzył że był w Saint-Tropez!

W sumie to wróciłabym na Lazurowe Wybrzeże… Kiedyś…

Kawiarnia. Woda ratująca życie. Autobus.

Autobus kończy trasę tak ze dwa kilometry od naszego domu. Dla Jaśka to pikuś, ale dla jego matki już nie. Nawet kiedy nie ma poobcieranych do krwi stóp. Można te dwa kilometry podjechać innym autobusem, ale trzeba do niego dojść. Ale akurat Piter powinien był wracać z Jakubem z Ośrodka, więc sobie szczwanie pomyślałam, że mógłby nas zgarnąć po drodze!

Mój mąż chętnie się zgodził. Ale coś tu nie grało, bo pomyliły mu się parkingi i mcdolandsy… Na wszelki wypadek ustaliliśmy, że może jednak zgarnie nas z przystanku na trasie… Zgarnął. A zanim dojechaliśmy do domu, podzielił się niepokojem, bo Kuba coś tam narozrabiał na zajęciach. Kuba profilaktycznie wcisnął mi laurkę i odmówił wyjaśniania sytuacji, mówiąc, że nie wie, o czym mówię, a kolega którego nie-popchnął ma na imię Kamil.

Zjedliśmy obiad i w oczekiwaniu na właściwy czas dla pączków, włączyliśmy sobie z Jaśkiem drugą część Dwóch Wież. On strasznie gada podczas oglądania filmów, ale na szczęście mamy w tej części LOTR swoje ulubione sceny, więc i uśmialiśmy się, i powzruszaliśmy, i podzieliliśmy na dwa obozy, w których Jasiek wziął stronę: Aaale jaaazdaaa! a ja byłam bardziej zorientowana na: Wszystkie wojny są idiotyczne. Jedno tylko mnie lekko niepokoiło: nikt nam nie przeszkadzał.

To nieprzeszkadzanie było dziwne, bo przy drugiej części Drużyny Pierścienia doszło do karygodnych ingerencji wracających właśnie z koni Pitera i Kuby. No akurat w scenie: „We travel light let’s hunt some orc.”. Na litość boską, jak można aż tak nie mieć instynktu samozachowawczego??? A teraz nic. Zero. Zatem posłałam Janka na górę i okazało się, że ta cisza ma uzasadnienie. Otóż Pitera rozłożyło i z gorączką usiłuje przetrwać najgorsze.

Ten nagły zwrot akcji spowodował konieczność przearanżowania planów i przegrupowania sił. Trzeba było poodwoływać zajęcia z kilku dni, zmienić menu, dostosować zakupy podstawowych artykułów… I po raz kolejny odrobić lekcję, jak ważna jest praca każdego z nas. Bo wystarczy, że jedna osoba wypada z grafiku i wszystko się sypie. I zasadniczo nie ma znaczenia: Piter, Janek czy ja. Każde ma swój udział w funkcjonowaniu tego domu.

Co do Jakuba, to niechętnie przyjął do wiadomości, że tata jest chory i trzeba odwołać wtorkową hipoterapię oraz zajęcia w Ośrodku. Ale jakoś sobie poradził. Natomiast mnie takie sytuacje zawsze nieco rozwalają, bo przypominają, jak bardzo zdani jesteśmy wyłącznie na siebie i swoje możliwości. I tak było zawsze. Nigdy nie mieliśmy żadnego wsparcia czy pomocy ze strony rodziny. Więc jak słyszę o wdzięczności dla rodziców z okazji ich dni, to nie wiem: śmiać się, czy wręcz przeciwnie.


Dzień Matki. Dzień Ojca. Dzień Dziecka.
Obchodzimy wspólnie. Każdego dnia. Od wielu lat.

© 2025, Jo. All rights reserved.