Wprawdzie nasz Ośrodek działa od marca, ale właśnie dzisiaj mieliśmy oficjalne otwarcie. Takie z władzami województwa, miasta i dzielnicy. A ponieważ Piter pracował, wzięcie w nim udziału przypadło naszej trójce. Tak, pojechał nawet BlueBoy. Miał potem wprawdzie minę jak widać na zdjęciu poniżej, ale tylko podczas części oficjalnej. Bankiet bardzo mu się podobał.
Nasza Pani Dyrektor mówi, że nie ma przypadków, więc nie napiszę, że ogromnie się cieszę, że przypadkiem dowiedzieliśmy się o tym ośrodku, przypadkiem umówiliśmy na rozmowę i przypadkiem mieli jeszcze wolne miejsce dla autysty. Bo może to nie był żaden przypadek, tylko ten słynny Jakuba Fart Życiowy. Jednego jestem pewna: mieliśmy niesamowite szczęście. I my, i Kuba. I trzymamy kciuki, aby trwało.
Ośrodek jest pięknie nowoczesny i dobrze zorganizowany, podobnie jak Międzypokoleniowe Centrum Integracji, w którym się mieści. Ale to ludzie w nim pracujący są bezcenni. Profesjonalni, konkretni, empatyczni. Zdejmują z rodziców gromadzony latami ciężar odpowiedzialności za wszystko i konieczności radzenia sobie z każdym problemem. Są otwarci na współpracę. Mają świetne podejście do podopiecznych. Nie macie pojęcia, jaką ulgę dla rodzica stanowi fakt, że na kilka godzin dziennie zostawia swoje „dziecko” pod opieką osób, które sobie poradzą…
ŚDS jest tym przysłowiowym własnym kawałkiem podłogi. Jest też miejscem bezpiecznym i dającym wsparcie. To niby nie tak dużo, a jednak nadal nie dla wszystkich potrzebujących, więc tym bardziej doceniamy, że Kubie się udało.
Dziś poza oglądaniem Ośrodka i bankietem, obejrzeliśmy wystawę prac Jakuba: akwarele z postaciami z Pokemona, Czarodziejki z Księżyca i Super Mario. Podobno Artysta pracuje obecnie nad serią z Sonica – trudno mi to potwierdzić, bo wejście do Kuby pokoju równa się naruszeniu jego sanktuarium, zatem staramy się nie narażać. Znaczy naruszać. Czyli nie wchodzić. Ale wystawa podobała mu się i chyba jest zainteresowany rozwijaniem tej pasji. Nie zdziwcie się, jak założę zrzutkę na farby i blok do akwareli…




Nie za bardzo nadaję się do wychodzenia w z domu, ale Piter obiecał nas podrzucić w jedną stronę, a wrócić mieliśmy taksówką. Jednakże podczas tej oficjalnej części, gdy zastanawiałam się, kiedy mnie Jasiek zabije za to, że go namówiłam na współudział, doszłam do wniosku, że powinnam chłopaków jakoś nagrodzić za wytrwałość. A że nie wiedziałam o bankiecie piętro wyżej, to głupio rzuciłam, że jeśli wrócimy autobusem, nie taksówką, to możemy iść na obiad do McDonald’s. Zaakceptowali.
Nie wzięłam pod uwagę, że będziemy wracać trzema autobusami. I metrem.
Półtorej godziny.
© 2025, Jo. All rights reserved.