Długi weekend

Są tu miłośnicy długich weekendów?

Ja to bym bardzo chętnie gdzieś wyjechała… Zwłaszcza, że pogoda wreszcie się przywołała do porządku. Ale jak sobie pomyślę o tych tłumach wszędzie, to mi się ta chęć błyskawicznie kończy. I nawet nie muszę czytać niusów z ostatniej chwili na internetowych portalach, ani (tym bardziej) oglądać zdjęć bijących się o miejsce parkingowe pod Morskim Okiem urlopowiczów.

Swoją drogą: za cholerę nie rozumiem tej palącej potrzeby jechania w korkach w miejsca, w których potem wszędzie trzeba się przeciskać przez ciżbę, odczekiwać swoje w kolejkach do kolejki, żarcia i łona przyrody. Naprawdę starałam się, ale za tępa jestem. Piter twierdzi, że po prostu są ludzie, którzy potrafią jedynie w stadzie. Chyba, że tak…

Ja to bym najchętniej pojechała nad Morze. Albo na wieś. No i na wsi właśnie byliśmy wczoraj, aczkolwiek dość pro forma. Bo nawet suka nie zdołała porządnie obsikać terenu.

Że why?

Bo się nie dało wejść. Wjechać też nie bardzo.

Obrazki państwo winszują? Proszsz…

Tam gdzieś widać bramę.

Widać też traktor sąsiada, bo zaspojlerowałam. Zatem ciąg dalszy opowieści.

Jak się okazało, że przyroda odzyskała Ziemię Przodków, a ja uznałam, że jest to teraz idealne miejsce do ukrycia zwłok kogoś, kto trzy lata temu ODMÓWIŁ posiania trawy na pustym, zaoranym polu, to nagle okazało się, że instynkt samozachowawczy nie jest miejską legendą etnografów i antropologów kulturowych. Bo mój derogi małżonek niemal błyskawicznie (tak, tu miałam problem, co wyboldować) uznał, że jednak musi ratować swoje życie i nie dość, że znalazł koncepcyjnie rozwiązanie problemu, to na dodatek niezwłocznie zadzwonił po sąsiedzką pomoc.

W konsekwencji tych procesów myślowo-organizacyjnych pojawił się sąsiad z traktorkiem i wykosił.

Na marginesie: sąsiad mnie ignoruje i z trudem odpowiada na „dzień dobry”, więc wszystko musi załatwiać Pan Na Włościach, czyli Piter. Ostatecznie to jego dziedzictwo…

Zanim jednak sąsiad wjechał kosiarką na pole, podjechaliśmy do Świdnika. Pogoda była dość interesująca: wprawdzie przestało lać (a lało przez całą drogę z Warszawy), ale było zimno. Ja półprzytomna z rana nie zareagowałam na Piterowe „nie trzeba brać bluz”, więc mieliśmy jedynie cienkie kurtki.

Spacer po Świdniku nieco nas zdołował. Bo przypomniały nam się te wszystkie niedzielne obiady u Babci Halinki, rozmowy przy stole, ciasta pieczone specjalnie dla wnuków, jeżdżenie hulajnogami pod Wieżą Zegarową i zaliczanie placów zabaw.

I to puste mieszkanie, które boleśnie przypomina, że już nic nie będzie takie, jak dawniej.

Odkryliśmy w Świdniku kilka rzeczy, dobrze rokujących na przyszłe Długie Weekendy Na Ziemi Przodków.

O ile kiedyś się doczekam tam jakiegoś dachu nad głową….

Na przykład: nowy basen ze zjeżdżalnią. Korty. Kino. MD chłopcy odkryli już rok temu. Niestety…

Niczego Rzymianom nie zawdzięczamy1, ale jak już będziemy spędzać czas na wsi, to te dodatkowe atrakcje bardzo nam się przydadzą.

No a potem sąsiad wrócił do domu, skosił pole, a my pojechaliśmy na obiad. Po którym umarliśmy z przejedzenia…

1 Tak na absolutny wypadek, gdyby ktoś nie skojarzył: Żywot Braiana.

© 2021, Jo.. All rights reserved.