Nie wiem, więc się wypowiem.

Trzy lata temu rąbnął w nas oświatowy meteoryt: z dnia na dzień zlikwidowano cztery klasy specjalnej szkoły zawodowej, do której wybierał się Jakub, a pisowska reforma systemu edukacji odebrała BB specjalne nauczanie indywidualne włączające.


Jakoś udało nam się ogarnąć sytuację. Zawaliliśmy całe wakacje, ale znaleźliśmy szkoły dla obu chłopców – umowę z liceum Piter podpisywał dwa dni przez rozpoczęciem nowego roku szkolnego, a inna (jedna z – uwaga! TRZECH w Warszawie, europejskiej stolicy XXI wieku) specjalna szkoła zawodowa przyjęła Jakuba jedynie do klasy przygotowującej do pracy, nie zawodowej, ale mimo wszystko odroczyliśmy mającą nieuchronnie nadejść domową wegetację.

Obecnie to odroczenie się skończyło i obaj panowie kończą w tym roku edukację. Dalszych szkół czy generalnie pomysłów na ich życie nie ma, co już jest przerażające, bo oni przecież dopiero wkraczają w dorosłe życie.
Jednocześnie odebraliśmy orzeczenie odbierające BB status osoby niepełnosprawnej – mimo, że sprawny nie jest a do wniosku załączona była tona odpowiedniej dokumentacji.

Ponownie znaleźliśmy się w sytuacji trudnej i wymagającej od nas działań, o których większość rodziców nie śniła w najgorszym koszmarze. Ale nie tylko życiowy pat łączy te dwie sytuacje.

W obu przypadkach zaprzyjaźnione dziewczyny napisały o nas na swoich fejsbukowych stronach. I w obu przypadkach – oprócz głosów wsparcia oraz przyłączających się w podobnym do naszego położeniu rodziców innych dzieci z niesprawnościami – pojawili się eksperci.

Ci eksperci przy porannej kawie postanowili udowodnić nam, że kłamiemy albo pienimy się bez powodu.

Trzy lata temu jakiś nie dający się przekonać koleś zarzucał mi kłamstwo, bo „obecnie wszędzie otwiera się szkoły zawodowe, a nie likwiduje już istniejące” i za cholerę nie trafiało do niego, że chodzi o szkołę specjalną, uczącą zawodu autystów. I że w Warszawie są aż trzy szkoły specjalne zawodowe i we wszystkich polikwidowano właśnie klasy zawodowe: introligatorskie (nasz case), cukiernicze, stolarskie i ogrodnicze. Owszem, zostały szkoły zawodowe in general, nawet specjalne, ale wymagające od ucznia samodzielności, na przykład: samodzielnego dojazdu na praktyki. Dla niesamodzielnych uczniów z autyzmem, którzy przez poprzednie lata mogli uczyć się zawodu a potem pracować, mając jakiekolwiek sensowne zajęcie i uzupełniające skromną rentę zarobki, nie zostało kompletnie nic.

Przez kilka dni próbowałam mu to wytłumaczyć, bo jak zwykle: za mundurem panny sznurem, a za jednym troglodytą zaczęli wyskakiwać z pudełka kolejni, ale sobie odpuściłam, bo to nie miało sensu, a i mnie szkoda było czasu, bo przecież musiałam szukać jakiegoś rozwiązania problemu.

W tym roku inna osoba wielkiego serca napisała u siebie o cudownym uzdrowieniu BlueBoya przez komisję orzekającą o niepełnosprawności. I też wśród głosów empatii i opisów podobnych do naszej sytuacji (a wierzcie mi – nie sądziłam, że u kogoś znajomego, wśród jego znajomych, aż tylu rodziców ma dzieci niepełnosprawne i musi walczyć o uznanie faktycznego stanu ich funkcjonowania!), znalazło się pouczenie, że obecnie to są takie terapie, że pozwalają autystom normalnie funkcjonować i niepełnosprawność znika, więc jest to raczej powód do radości, a nie użalania się.

Ja przepraszam, ale muszę to napisać: KURWA MAĆ!!!

Gdyby moi synowie nagle zaczęli funkcjonować jak zdrowe osoby, to mimo żem niewierząca, pierwsza na kolanach poszłabym polerować plac w Fatimie!!!

Rzecz w tym, że nie są zdrowi i pełnosprawni. Nigdy nie byli. I raczej nie będą, chociaż od dwudziestu lat nasze życie skoncentrowane jest na ich terapii, wspieraniu, usamodzielnianiu i czym tam sobie chcecie. A orzeczenie jest niezgodne ze stanem faktycznym. I nawet, jeśli jeden czy drugi odpowie celną ripostą, zareaguje w zaskakujący sposób, korzystając z translatora napisze coś w obcym języku, albo wstawi odpowiedni program prania czy ugotuje (przy pomocy rodzica) obiad, to żaden z nich NIE JEST PEŁNOSPRAWNY i SAMODZIELNY. Sądzę, że nikt z moich szanownych Czytelników nie ma co do tego wątpliwości. Natomiast za cholerę nie rozumiem, dlaczego ludzie, którzy nigdy o moich synach nie słyszeli, nigdy niczego o nich nie czytali, nie widzieli ich na oczy, nie mieli wątpliwej przyjemności uzyskania od nich jakichkolwiek konkretnych informacji, muszą – po prostu muszą się wypowiedzieć na ich temat, najlepiej w tonie zarzucającym mi kłamstwo, manipulację i robienie taniej sensacji.

Żaden lekarz ani nauczyciel nie ma wątpliwości co do poziomu funkcjonowania chłopaków. Z moją rodziną jest już gorzej, bo część przyjmuje do wiadomości realia, a część nadal konsekwentnie wypiera i zachwyca się jakimiś drobiazgami, z uporem wmawiając mi, że proszę, jakie oni postępy zrobili, to co? kupujesz im kawalerkę, żeby mogli iść na swoje? I wkurwia mnie to bezgranicznie, bo całe życie mi nie pomagali i jeszcze usiłują zrobić to, co te fejsbukowe gwiazdy intelektu, czyli zminimalizować problem, wytykając mi przesadę. Wiecie, co ostatnio wymyślił mój ojciec? Że szkoda, że zrezygnowałam z tego introligatorstwa dla Kuby!!! I on naprawdę tak uważa, bo tak „sobie zapisał”, tworząc własną wersję wydarzeń i święcie wierzy w swoje zapiski, w których występuje jako wspierający anioł stróż całego świata.

Nie wiem, więc ci dokopię. Jakbym wiedział. I to lepiej od ciebie, jak wygląda twoje życie i rzeczywistość.

No za cholerę tego nie rozumiem.

© 2021, Jo.. All rights reserved.