I na co teraz będę narzekać???

Madre mnie opieprzyła, że wystarczy tych wakacji. I może przestałabym być taką egoistką i wreszcie coś napisała, bo tu ludzie czekają.

Wprawdzie patrząc na liczbę komentarzy pod moimi blogowymi wpisami powinnam dojść do odpowiednich wniosków i raz na zawsze porzucić wpędzające mnie jedynie w ciężką depresję blogowanie, ale ostatecznie kiedyś tam oświadczyłam, że pisałabym nawet wtedy, gdybym miała jednego czytelnika, więc sama siebie postawiłam w sytuacji trochę jakby nie podlegającej dyskusji.

Chociaż nadal uważam, że jak ktoś tu wchodzi i czyta, to mógłby zostawić jakiś ślad. I jeśli nie chce mu się komentować, to tam na głównej stronie jest taka gwiazdka czy coś tam do polubienia. Szału nie ma, ale przynajmniej bym wiedziała, że w ogóle to pisanie ma sens i odbiorców.

Zatem dla Madre.

A, no i jeszcze taki drobiazg: zbliżają się moje pierwsze imieniny.

O, właśnie, kurna: moglibyście z poczucia minimum przyzwoitość coś mi napisać na te imieniny, wiecie?

Ale skoro o imieninach: od jakichś trzech lat chodzę i smęcę Piterowi o pianinko. Z pewnością wspominałam. Bo kiedyś tam marzyłam, żeby nauczyć się grać na pianinie, ale Tatui uznał, że szkoda pieniędzy, bo jestem ZA STARA (lat jakieś 9) i wirtuozem nie zostanę. Więc nie będzie mi płacić za ognisko muzyczne w Młodzieżowym Domu Kultury (jeśli dobrze pamiętam, to stawki były śmieszne w porównaniu do obecnych) za lekcje pianina. No i ja w Nowym Życiu postanowiłam nauczyć się gry na pianinie, chociaż mam tak z czterdzieści kilka lat więcej niż wtedy i spore wątpliwości, czy w ogóle uda mi się tymi palcami trafiać w klawisze.

No i czas mijał, jedne urodziny, drugie, Gwiazdka i kolejna. I nic. Przysłowiowym stało się moje stwierdzenie: „Ale pianinka to ja tu nie widzę…”.

Aż tu dzisiaj rano, po śniadaniu, mąż mi kazał wleźć na mansardę. A na mansardzie czekał na mnie imieninowy prezent:

I ja jestem ciekawa, na co teraz będę narzekać…

Nie, no jasne, że się znajdzie… Dom na wsi… Grand Voyager… Włoskie wakacje…

Póki co jestem postawiona nieco jakby pod ścianą i muszę znaleźć jakieś lekcje on-line dla początkujących. Zanim zgromadzę fundusze na wystarczająco odpornego psychicznie nauczyciela…

A tak na marginesie…

Pianinko przychodziło mi na myśl również w innym kontekście. Nie tylko realizacji moich niespełnionych marzeń z dzieciństwa.

Bo widzicie: Kuba w szkole (na Tarchomińskiej) chętnie grał na innych instrumentach. I jak on za chwilę wyląduje mi w tym domu na rencie, żeby zostać warzywem, to można by mu znaleźć nauczyciela, który by raz w tygodniu przychodził do domu i dawał mu lekcje… Żeby czymś się zajął… Takim, wiecie…

No więc powiedzmy, że to nie jest tak do końca wyłącznie egoistyczny prezent, naruszający domowy budżet i skazujący nas na jedzenie ziemniaków z kefirem…

Ktoś powiedział: ziemniaki z kefirem???

© 2021, Jo.. All rights reserved.