Wizja lokalna

Przedłużyliśmy sobie troszkę weekend i pojechaliśmy wczoraj na Ziemię Przodków.

Nie miałam złudzeń co do tego, jak wygląda Pole Chwastów po zimie, ale i tak na miejscu osłabłam z ewentualnych sił i sama nie wiem jakim cudem udało mi się tylko zaliczyć napad migreny.

Wszędzie dywan z chwastów, których imienia nie znam. Poza pojedynczymi okazami rzepaku – bo rzepak akurat rozpoznaję. Rok temu przynajmniej były maki, a teraz nawet nie wiem co… Reszta to klasyka: pyskówki BlueBoya, oszołomiona przestrzenią kotopiesokoza, gadający z zadowoleniem do siebie Kuba i nieobecny umysłem mąż. Nic nowego. Nawet słońce grzało ostro, zupełnie jak w ubiegłym roku. Przecież właśnie z powodu tego słońca stawialiśmy w trybie nadzwyczajnym gazebo!

Skoro przy gazebo jesteśmy – stoi. Zima go nie zmogła. Zarosło – jak wszystko dokoła, ale jest cień szansy, że je odzyskamy. Żeby mieć cień. Jezu, jaka ja jestem zdolna stylistycznie: cień cienia na cień. No oszałamiające…

W każdym razie zainaugurowaliśmy, z półtoramiesięcznym poślizgiem, wyjazdy na wieś. I tak, owszem, nadal twierdzę, że dwa lata temu Piter powinien był wyrównać pole i zasiać trawę. I będę mu to rzucać w twarz za każdym razem, kiedy pokona mnie i mój brak siły jakaś kępka trawy czy… czegoś tam z korzeniem palowym na kurna pół metra wgłąb.

Ponieważ to była krótka wizyta, poza wizją lokalną i (miejmy nadzieję) ostatnim rozplanowaniem gdzie co, udało nam się nieco odchwaścić ziemię pod altanką (chłopcy) i posadzić przywiezione drzewka owocowe (Piter).

Naprawdę mam tyle jabłonek???

A czy ja kiedykolwiek mówiłam, że jestem normalna?

W każdym razie trochę jabłonek jest, Piter mówi, żeby się nie przejmować, bo wreszcie będziemy mogli zrobić kompoty oraz smażone jabłka szarlotkowe w słoikach. Poza tym mamy czereśnie, wiśnię, węgierkę i mirabelkę z Nancy. Orzech niestety nie przeżył zimy, ale do orzecha z pewnością wrócimy. Po leszczynie śladu nie ma, za to prosto spod nóg wyczmychnął mi zając i oprócz migreny niemal zaliczyłam zawał.

Następny kurs już niebawem, nie ma na co czekać, bo na polu zadołowaliśmy dziką różę i wątpię, żeby sama się posadziła w żywopłot.

I ja właściwie nie wiem, czy ten tekst nie powinien się znaleźć w Oberżynie…

© 2021, Jo.. All rights reserved.