Restauracja

Boje się cieszyć, ale po kolei nasze ulubione restauracje wrzucają na fejsa info o uruchamianiu niebawem ogródków.

Mnie naprawdę restauracje nie są potrzebne do szczęścia, bo sama sobie ugotuję, co chcę. Przeważnie i na ogół. Ale panicze za chwilę pójdą na antydepresanty. To są dzieci (ekhem, jako matka mam prawo) rozpuszczone koszmarnie przez całe swoje dwudziestoletnie życie. Niestety. A dla autysty likwidacja stałych punktów programu to jest w ogóle dramat życiowy, że przypomnę. Więc jedziemy na oparach oparów cierpliwości, ale już nam niebezpiecznie powieka drga na osiemsetne (w danym tygodniu) pytanie Jakuba: „Kiedy będzie można zjeść w McDonald’s???”. A BB dodaje wspaniałomyślnie, że może być nawet w ogródku, ale dorzuca: „No i oczywiście Grycan i Fragola!”

Poza tym kiedyś przecież ta wiosna się ogarnie, a my ruszymy na walkę z chwastami na Ziemi Przodków. A jak ruszymy, to tradycją było jedzenie w jednej z trzech lokalnych restauracji i moi synowie cierpią awansem na depresję na myśl, że trzeba będzie zabierać z domu kanapki.

Ja nie wiem, co oni mają do tych kanapek, bo Piter robi świetne i dla każdego według upodobań… Ale oni – jak wspomniałam: tragicznie rozpuszczeni przez Matkę – muszą na flaki do Piask, burgery do Choiny albo farmera w Notabene. I weź z nimi dyskutuj.

Tak że ten… BŁAGAM WAS o modły względem pogody oraz żebyście się szczepili, bo może wtedy nie umrzemy śmiercią tragiczną.

Nie, nie mówię o COVIDzie.

Mam na myśli UDUSZENIE potomstwa po kolejnym pytaniu o obiad w restauracyjnym ogródku…

© 2021, Jo.. All rights reserved.