Komisja

Pisałam już, że pandemiczne komisje odbywają się zaocznie?

No to piszę.

BlueBoyowi kończy się orzeczenie o niepełnosprawności i trzeba było wystąpić o nowe. Bo – jeśli się ktoś nie orientuje – orzecznik uważa, że z autyzmu można się wyleczyć (a amputowane nogi odrastają, tak, tak…), więc co kilka lat trzeba złożyć dokumenty potwierdzające stan obywatela ubiegającego się o orzeczenie o niepełnosprawności.

Właściwie BlueBoyowe orzeczenie skończyło ważność w ubiegłe wakacje, ale ze względu na pandemię urzędowo wprowadzono automatyczne przedłużenia, do trzydziestu dni po odwołaniu stanu epidemii. Nie byłam pewna, czy taki stan w Polsce ogłoszono, w jakim trybie i jak będzie zdejmowany, więc wolałam nie czekać na jakąś nieprzyjemną niespodziankę i w odpowiednim czasie pozbieraliśmy wszystko, co potrzebne i miesiąc przed końcem ważności ostatniego orzeczenia Piter pojechał z BB do urzędu i złożył plik zaświadczeń, opinii, diagnoz i oświadczeń.

Długo nic się nie działo, a potem otrzymaliśmy wezwanie do uzupełnienia brakujących oryginałów.

Ponieważ trochę tych papierów dołączonych do wniosku było (a Piter zawalił w pośpiechu sprawę i nie porobił kopii), nie mieliśmy pojęcia, które dokumenty im się nie zgadzają. To znaczy: które nie są odpowiednio urzędowe, z oryginalną pieczątką i podpisem niebieskim długopisem, a po chamsku występują w postaci niepotwierdzonych kopii. Bo jak wiemy: ludzie masowo fałszują zaświadczenia z PPP o konieczności nauczania specjalnego oraz zaświadczenia z Kliniki Wad Wrodzonych Instytutu Kardiologii o bloku przedsionkowo-komorowym…

Próbowaliśmy dowiedzieć się tego przez telefon. Zapomnijcie… Droga mailowa też nie wchodzi w grę. Trzeba przyjechać z całym archiwum i na miejscu poprosić panią w okienku, żeby była uprzejma odszukać złożony wniosek i wskazać, które dokumenty powinniśmy zastąpić oryginałem lub potwierdzoną własnoręcznym podpisem kierownika kliniki (kurwa mać) z odciskiem palca wskazującego kopią.

Dlaczego nie mogą ci powiedzieć przez telefon, które zaświadczenie nie zostanie przez nich honorowane?

BO NIE.

Akurat zimę mieliśmy taką bardziej konkretną, a ze względu na epidemię zamknięto poczekalnię, więc chłopaki jeździli kilka razy. Nawet próbowali odstać w kolejce na dworze, ale opieprzyłam ich równo, bo ostatnią rzeczą, jakiej potrzebowaliśmy, było w tym wszystkim jakieś przeziębienie, które a priori potraktowane by zostało przez LuxMed jako objawy COVIDu. Pamiętacie te szalejące ankiety: „Czy ma pan kaszel? Czy wystąpiła u pana gorączka?”. I człowiek ze zwykłym przeziębieniem ląduje na kwarantannie.

No więc wreszcie udało się dostać do okienka i dowiedzieć. Niemal od ręki Piter załatwił pieczątkę potwierdzającą zgodność z oryginałem w PPP, trochę dłużej czekaliśmy na oryginał diagnozy (bo wcześniej mieliśmy go jedynie w formie załącznika do maila i jako taki nie był dla orzecznika prawdziwy), ale ze złożeniem tych „brakujących” dokumentów znowu była zabawa i kilka podejść.

Dlaczego to ważne? Bo wezwanie do uzupełnienia dokumentacji grzmiało, że w razie nie zastosowania się, wniosek może zostać odrzucony. A nam jednak zależało na dokumencie stwierdzającym stan funkcjonowania naszego syna.

I tu przechodzimy do części drugiej, czyli komisji.

Komisja w dobie pandemii odbywa się zaocznie. Od wielu matek autystów słyszałam, że w sumie nie widzą różnicy. I zasadniczo mogę to potwierdzić.

Otrzymaliśmy kolejne pismo. Tym razem informujące, że dnia tego i tego odbędzie się komisja orzekająca o niepełnosprawności, i że trzeba być pod telefonem.

CAŁY DZIEŃ

Znając podejście mojego drogiego syna do tematu zażądałam pod groźbą konfiskaty smartfona obecności podczas tej rozmowy, więc większość dnia spędziliśmy w matczyno-synowskiej symbiozie. Nawet z suką wyszliśmy razem na spacer, bo wiadomo: telefon dzwoni wtedy, kiedy jesteś najmniej gotowy.

I faktycznie. Zadzwonił kiedy właśnie zagotowała się woda na pampuchy i zapikała kuchenka, w której odgrzewaliśmy gulasz.

Pani była miła, rozmowa trwała kilka minut, orzeczenie zostanie przysłane pocztą w ciągu dwóch tygodni.

Czy byłam potrzebna?

Sami osądźcie.

Z odpowiedzi BB wynikało, że: kończy liceum, ma kolegów, raczej z nauką problemów nie ma, robi sam zakupy i kanapki, jeździ na rowerze, serce go nie boli.

Po włączeniu się Matki, okazało się, że: w szkole ma dostosowany do IPETu system nauczania i obniżone wymagania, kolegów ma dwóch i kontakt z nimi utrzymuje sporadyczny i zdalny, żadnej pracy domowej nie był w stanie odrobić bez pomocy (przez cała swoją edukację), zakupy zrobi, ale jak ma wręczoną listę, żadnej sprawy urzędowej sam nie załatwi – muszą to robić rodzice, jest w trakcie badań kardiologicznych, bo wystąpiły problemy, ma podawane leki (tu sorry, ale szczegółów nie będzie – z wiadomych względów), na rowerze jeździ, czas wolny przeznacza na czytanie książek, gry i lego, w domu pomaga, ale musi mieć konkretnie wskazane, co ma zrobić.

Tak z grubsza.

Nie wiem, co pani orzecznik z tego wyjdzie, bo różne mieliśmy ciekawe doświadczenia, ale o tym przeczytacie w książce (jak ją wreszcie skończę pisać, bo Daśka już mi okładkę machnęła…). Opowiem wam tylko jakie było zakończenie tej telefonicznej komisji.

O: Orzeczenie prześlemy panu pocztą w ciągu dwóch tygodni.
BB: A którą pocztą?
O: No… pocztą…
BB: A skąd będę wiedział, gdzie mam po to pójść?
J: Janek, listonosz przyniesie ci do domu.
BB: Pocztę mi przyniesie?
O: Tak, w ciągu dwóch tygodni.
J: To może ja wyjaśnię? Janek, dokumenty wkłada się do koperty i wysyła. Potem listonosz przynosi do domu, podpisujesz odbiór. A jeśli cię nie ma w domu, to zostawia w skrzynce awizo. Wiesz co to jest awizo?
BB: Chyba tak.
J: Taka karteczka z informacją, że masz na poczcie do odebrania korespondencję. I tam jest adres urzędu pocztowego. Rozumiesz?
BB: Czyli muszę czekać w domu?
J: Ja mu to wyjaśnię, proszę pani.
O: … jasne, dziękuję… do widzenia pani…

© 2021, Jo.. All rights reserved.