Architektura a życie.

Niemal za każdym razem, kiedy oglądam projekty domów, zadaję sobie jedno pytanie:

Gdzie ci ludzie trzymają swoje rzeczy?

Pomińmy tu rezydencje i posiadłości. Zostańmy przy kompaktowych domach dla zwykłego człowieka. Chociaż prawdę mówiąc dla większości zwykłych ludzi jakikolwiek dom jest poza zasięgiem. Ale załóżmy, że jakimś cudem uda im się kupić ziemię i budują na niej dom wielkości (umownie) mieszkania. Wiadomo, że musi dojść jakieś pomieszczenie gospodarcze, bo w przeciwieństwie do mieszkań – dom musi się sam ogrzać, a bywa, że również zaopatrzyć się w wodę. Mamy zatem zaplecze techniczne, salon (nawet jeśli ma dwadzieścia metrów, to przecież nikt go już nie nazwie „pokojem dziennym”) z kuchnią, łazienki i sypialnie. I moje wielkie pytanie: gdzie mieszkańcy tego domu trzymają rzeczy?

Trudno mi uwierzyć, że tylko my przez lata obrośliśmy w materialne dowody zakupów, a reszta Polski celebruje skrajny minimalizm, zatem gdzieś powinna trzymać ubrania, książki, płyty, talerze i zabawki. GDZIE??? Bo w zaprojektowanych przez specjalistów powierzchniach (przypominam: rozmawiamy o kompaktowych alternatywach dla mieszkania w bloku, nie – willach z parkiem i krytym basenem), z trudem udaje się wcisnąć do sypialni małą szafę, a stół na ogół wyznacza granicę między kuchnią a salonem. O salonie już było.

Nie jestem architektem. Mówią (wiecie, jak w Wiedźminie…), że mam dobre wyczucie przestrzeni. Kiedyś marzyłam o architekturze, ale moi rodzice wybili mi ją z głowy twierdząc, że się nie nadaję. A poza tym trzeba by było mi zapłacić za jakieś korki i być może nawet (o zgrozo!) poradzić się mojego ojca chrzestnego (tak zupełnie na marginesie: architekta). Zatem zamiast zbijać teraz majątek na projektach domów dla ludzi, opierdzielam się wymyślając durne teksty blogowe i popadając w depresję z powodu przes zmarnowanego życia. Bo nie ma to jak najpierw komuś podciąć skrzydła, a potem dokopywać, że nie lata. Ale to temat na zupełnie inną opowieść.

Wróćmy zatem do głównego wątku i popastwmy się nad mistrzami wnętrz, krojonych na ludzką miarę.

Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że nie jesteśmy reprezentatywni i powinniśmy jednak zamówić kontener śmieciowy i wyrzucić połowę posiadanych rzeczy. Oraz przestać ciągle kupować nowe.

Kiedy kupowaliśmy nasz obecny dom, przyciągnęły nas cztery sypialnie i parter na poziomie gruntu. Cztery sypialnie są jasne dla każdego, kto czyta moje blogi, albo miał w ręku Codziennik. Gruntowy parter zaś dawał widok na ogródek, co stanowiło kojącą odmianę po jedenastu latach rzucania okiem na własne róże z wysokiego parteru, z którego widziałam ogrody sąsiadów, a nie własny.

Tu plusy się kończyły, a zaczynało nowoczesne wnętrze idące w kierunku open space, podczas gdy z Piterem zakochani byliśmy w śródziemnomorskich willach. I ja chyba dla waszego zdrowia psychicznego powinnam sobie odpuścić historię aranżacji wnętrza – zresztą pisanego przez krótką chwilę bloga o wykańczaniu domu też nikt nie czytał, ale chciałabym pociągnąć wątek przechowywania.

Na parterze mieliśmy na przestrzał okna. Stojąc przed domem widziało się wszystko, na wylot, aż do ogródka po drugiej stronie domu. Było to bardzo nowoczesne i dawało przestrzeń, której w takim małym domu zdecydowanie brakowało.

Był tylko jeden szkopuł: strasznie nas irytowało.

Zwłaszcza, że byliśmy jednymi z pierwszych właścicieli domów na sprzedawanym osiedlu, co wiązało się z nieustannym zaglądaniem w nasze cztery kąty przez oprowadzanych przez dewelopera potencjalnych przyszłych sąsiadów.

Owszem, zdarzyło mi się wyprosić panią, która uparła się obejrzeć piętro domu, mimo informacji, że ten dom już nie jest na sprzedaż.

Oczami wyobraźni widzieliśmy wielomiesięczny horror zaglądających nam do talerzy intruzów i

posadziliśmy żywopłot

oraz postanowiliśmy podzielić ten open space ścianami.

Pierwszy pomysł wzbudził politowanie – bo kto zaczyna wykańczanie domu od ogrodu. Drugi – powodował kąśliwe uwagi o „klatkach”. Bo rzeczywiście wydzielenie ścianami znajdujących się pośrodku domu schodów spowodowało, że nasz salon zamknął się w iście blokowych szesnastu metrach kwadratowych, a kuchnia z jadalnią ograniczona została do osiemnastu. Ale dzięki temu przestaliśmy występować w osiedlowej telenoweli

ciekawe, czy właśnie dlatego zaczęłam pisać ekshibicjonistyczne blogi…

i zyskaliśmy sporo miejsca do przechowywania. Głównie książek i talerzy.

– HA! – ktoś zaraz demaskatorsko zakrzyknie. – No nie mów kobieto, że postawiłaś ściany w kompaktowym szeregowcu i coś zyskałaś!

To może ja wam pokażę?

Możliwe, że zamiast parterowej przestrzeni mamy klitki, ale w tych klitkach mamy również bibliotekę, ogromny kredens vis a vis schodów i pojemny kredens w jadalni. No i nie sypie się ze schodów na stół, bo u nas jednak był kot, pies i nikt nie chodził po domu w białych skarpetach.

Powiem wam szczerze: być może w ogóle nie wpadlibyśmy na pomysł ze ściankami, gdyby nie te koszmarne słupy i belki konstrukcyjne, które nijak nie pasowały nam do wymarzonego wnętrza. Usytuowane centralnie schody i tak dzieliły przestrzeń, uniemożliwiając, dajmy na to, rozsunięcie stołu. Zostawiając otwarty parter – praktyce mielibyśmy dokładnie tyle samo przestrzeni użytkowej, natomiast kompletnie nie byłoby gdzie pomieścić wszystkich posiadanych rzeczy.

Mieszkamy tu siódmy rok i nigdy, ani przez chwilę nie żałowaliśmy tamtej decyzji.

Czy urządzanie nowoczesnego, minimalistycznego szeregowca w stylu włoskiej willi miało sens? Jak zareagowała na to rodzina? Co zrobiliśmy z koszmarnie nieustawną kuchnią?

Jeśli chcecie – przeczytacie w następnym odcinku.

PS.
ŻARTOWAŁAM! Nie mogłabym być architektem. Ani od wnętrz, ani od ogrodów. Nie mogłabym komuś urządzać życia, a dla mnie dom i ogród to jest życie. Tak samo nie mogłabym mieć mieszkania czy ogrodu zaprojektowanego przez kogoś, kto tu przyjdzie i zrealizuje swoją wizję. Bo ten dom i ten ogród jest mój. Nawet jeśli niedoskonały. Nawet jeśli wymagający poprawek i reorganizacji. Jest mój, mój własny i chcę go sobie urządzić po swojemu.

Tak, Piter też tak uważa, chociaż byłoby miło, gdyby choć raz sam to napisał w komentarzu.

© 2021, Jo.. All rights reserved.