Święconka

Kuba zażądał święconki.

Równie dobrze mógł Budapesztu. Ale zażądał święconki – jak to on: konkretnie i nie zostawiając miejsca na negocjacje. Bo dla Kuby kalendarz to kalendarz i nie ma od niego wymówek.

A ponieważ Świat Jakuba od roku jest jakby nieco…

szukałam gorączkowo jakiegoś eufemizmu, ale żaden nie pasował, więc nazwijmy rzecz po imieniu:

zdruzgotany

Właściwie od wielu miesięcy stoimy jedną nogą na krawędzi grzmiącego zapowiedzią erupcji milionlecia wulkanu, drugą mocząc w pierwszych falach wzbierającego tsunami i usiłujemy jakoś utrzymać równowagę w obliczu coraz częstszych uderzeń tornada.
Tak z grubsza.

zatem ponieważ sytuację mamy jak powyżej, alarm święconkowy naprawdę nadwyrężył kruchą równowagę prawie tłuczonego kryształu.

On nie potrafi inaczej: od razu jest żądanie pod karą śmierci, czy tam innego domowego piekła.

Chyba wyczerpałam swoje twórcze możliwości na dziś, więc pozostaniemy przy tym skromnym opisie.

Wkurza nas niemiłosiernie, ale w pewien sposób przywykliśmy. I chociaż BB za każdym razem dostaje szału, to ja staram się zachować cień wdzięczności, że Jakub w ogóle potrafi powiedzieć, o co mu chodzi. Czasami. No bywa. Ale jak już mu się zdarzy, to pal sześć (o, jasne… no żebyś nie wiedziała) ton i postawę: najważniejsze, że nie musimy się domyślać, co leży u podłoża kolejnego domowego horroru. To też jakiś zysk, prawda?

Na szczęście udało nam się Kubę przekonać, że skoro jedziemy na Wielkanoc do Łodzi, to BABCIA zajmie się święconką. Ale chyba do końca usatysfakcjonowany nie był, bo jednak z kalendarza wypadł mu milowy kamień, jakim od zawsze była wizyta z koszyczkiem w kościele. Albo chociaż przed nim…

Ech…

Wesołych Świąt! W stopniu, w jakim to będzie możliwe…

© 2021, Jo.. All rights reserved.