Jednak czegoś nie rozumiem.

Od samego początku wydawało mi się to dość nielogiczne.

Zamykają co się da. Od roku. Padają biznesy. Ludzie tracą dorobek życia. Wściekłość ogarnia już chyba wszystkich. Maseczki. Godziny dla seniorów. Maturzyści on-line przygotowujący się do egzaminów. Zdalne nauczanie, będące w ogóle skrajnym kuriozum.

A przedszkola czynne bez żadnych ograniczeń.

I OK – łapię, że małe dzieci nie zapadają na ciężką postać COVID19, ale nawet gdyby w ogóle nie reagowały na wirusa, to przecież nie są wirusoodporne – łapią go, jak wszyscy inni. I roznoszą.

I naprawdę kompletnie nie widzę tu różnicy między czteroletnim przedszkolakiem, a sześcioletnim uczniem podstawówki. Żadnej.

Zatem mamy od roku taką sytuację, że wszystko się zamyka, a przedszkolaki swobodnie wymieniają się przyniesionymi z domu wirusami. I zarażają tych rodziców na zdalnej pracy, sześcioletniego brata uczącego się on-line oraz babcię, która nie może iść jak zwykle do lekarza i o problemach kardiologicznych może sobie porozmawiać z lekarzem podczas teleporady.

Na święta wszystkich się zamyka, bo kontakty rodzinne powodują kumulację zachorowań. Ale nikt nie widzi problemu w imprezach na Krupówkach i wakacyjnego ścisku na plażach.

Teraz nagle ci wybitni rządowi fachowcy odkrywają, że „dziecko często jest pierwszym zakażonym w rodzinie”???

PS.
Naprawdę nie można wprowadzić dwutygodniowej izolacji PRZED świętami? Żeby w święta ludzie mogli się spotkać z bliskimi? Przecież wskaźniki zachorować od tygodni są idiotycznie wysokie. A jeśli porównamy je z ubiegłorocznymi, przy których zamykano wszystko i wszystkich, to w zasadzie komentarz do tych działań sprzed roku nasuwa się jeden.

Co ty wiesz o epidemii?

Tak, wiem, że to parafraza kwestii, która tak naprawdę w filmie nigdy nie padła. Właśnie dlatego bardzo mi tu dziś pasuje.

© 2021, Jo.. All rights reserved.