Lekcja pokory

Niektórzy mówią, że to było potrzebne. I nie o to chodzi, że nie może być w niebie, kto nie dotknął ziemi ni razu (serdecznie pozdrawiam Prof. DD oraz Adama M.*), ale o lekcję doceniania. Tylko zastanawiam się, czy naprawdę nie było innego sposobu? Musieliśmy doświadczyć rządów PISu, żeby docenić tę ciepłą wodę w kranie? Musiała nam się trafić pandemia, żebyśmy odkryli urok zwykłego, normalnego życia?

A może i tak… Może bez takich ekstremalnym tupnięć człowiek jest za głupi i szuka dziury w całym?

Co do PISu to daruję sobie analizę, bo mi się niebezpiecznie podniesie ciśnienie, a mamy niedzielę i wolałabym ją przeżyć spokojnie, w domu, a nie na SORze. Natomiast z tą pandemią, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wkurwiona ludzką arogancją Matka Natura postanowiła postawić nas wszystkich do kąta i pokazać, kto tu, do ciężkiej cholery, naprawdę rządzi.

Inaczej nie umiem wytłumaczyć (ba, że ja – to naprawdę nie ma znaczenia, ale specjaliści też mają z tym problem) jak to możliwe, że zachorowalność jest identyczna w społecznościach, które wprowadziły ostry reżim, jak i w tych, które olały maseczki i samoizolację. Wirusa łapie tyle samo osób, bez względu na to, czy siedzą w domach, czy łażą po knajpach i plażach. Choruje tyle samo. Umiera tyle samo. Więc jedynym sensownym wyjaśnieniem wydaje mi się wkurw Matki Natury, która postanowiła zaprowadzić porządek.

Mam tylko nadzieję, że wystarczy jej porządne potrząśnięcie homosapiensami i odpuści sobie zrównanie ludzkich cywilizacji z ziemią, jak to już parokrotnie zrobiła. W każdym razie ja osobiście deklaruję, że mnie przekonała i gotowa jestem ograniczyć produkcję niebiodegradowalnych odpadków oraz pójdę sadzić drzewa i kwietne łąki dla pszczółek. Więc jakby mogła mi dać jakiś list żelazny, to bardzo byłabym wdzięczna. No i moim chłopakom przy okazji, bo wiadomo, że bez ich pomocy to z tymi drzewami mogę mieć trochę problem…

A codzienne życie w różnych jego aspektach doceniam każdego dnia pandemii. I tęsknię ogromnie za zwykłym wyjściem na zakupy, za sportowymi zajęciami Paniczów, za włoskimi wakacjami. Sen z powiek spędza mi niepewność, w kontekście spotkań rodzinnych, nadchodzącej Wielkanocy. Boleśnie odczuwam półtora roku niewidzenia się z Sister i jej upiornymi dziećmi. No i – do jasnej anielki – obłędnie potrzebuję pojechać do Werony oraz nad morze. Tyrreńskie…

*Mickiewicza, nie Millera

© 2021, Jo.. All rights reserved.