Dzień Świstaka

Przeżywam déjà vu.

W czwartek, patrząc na doniesienia pandemiczne i czytając wypowiedź ministra (za przeproszeniem) zdrowia, żeby nie czekać na oficjalne zarządzenia i „jeśli można – pozostać w domu” zasugerowałam Piterowi, żeby Kuba po moich urodzinach – tradycyjnie obchodzonych w naszym domu jako święto wolne od pracy i nauki, nie wracał do szkoły. Przynajmniej do Wielkanocy.

Piter się ze mną zgodził. A dzień później otrzymaliśmy wiadomość ze szkoły, że od poniedziałku przechodzi na nauczanie zdalne, według planu z października.

Dokładnie tak samo było rok temu. Chłopcy zostali w domu w dniu moich urodzin, a potem uznaliśmy powrót do szkoły za zbyt ryzykowny. I nim minął weekend, przyszedł sms, że szkoła od poniedziałku będzie zamknięta.

I ja mam takie głupie pytanie: Co do jasnej cholery robił przez rok ten pieprzony rząd

przepraszam, miałam dbać o kulturę osobistą, ale się kurw nie da

że dokładnie po roku jesteśmy w punkcie wyjścia, tylko po drodze ileś tam tysięcy ludzi umarło?!?! Tworzone latami biznesy popadały? Ludzie potracili pracę?

Jestem wściekła. Po prostu wściekła.

Jasne, że każdego dnia dziękuję za to, że (w sumie) dajemy radę. Że Piter ma pracę. Że mamy ten dom, w którym każdy ma swoją przestrzeń. Że będziemy robić własne letnisko na Ziemi Przodków. Że w miarę zdrowi jesteśmy – bo przecież nie jest zbyt dobrze, ale mogłoby być gorzej.

Ale jestem totalnie wściekła.

© 2021, Jo.. All rights reserved.