8 marca

No dobra: mamy ten upiorny Dzień Kobiet, przez który na lata znienawidziłam goździki. Dobrze, że mi się nie rzuciło na rajstopy, bo jednak czasami się przydają…

Dla mnie jest to święto tak totalnie wypaczone, że idiotyczne.

Bo przypomnijmy sobie, po co go w ogóle ustanowiono: żeby wspomóc kobiety w walce o ich prawa! Nie jako walentynki bis, czyli okazję do zauważenia, że żona też kobieta i może by ją zacząć traktować przynajmniej tak, jak koleżanki w pracy. No ok, matka ma przynajmniej ten swój Dzień Matki.

Zresztą nie obchodzę ani jednego, ani drugie, do znudzenia powtarzając, że zarówno kobietą jak matką jestem prze 365 (albo i ..6) dni w roku i byłoby miło, gdyby przez te pozostałe też pomagali, byli uprzejmi i robili herbatę do pokoju.

Takie jednak nastały czasy, że ten Dzień Kobiet znowu jest potrzebny. I to jest niezwykle przygnębiające. Bo niby żyjemy w dwudziestopierwszowiecznej Europie, a znowu kilku starszych panów (niektórzy – co tu dużo mówić: w kieckach), decydują, jak mają żyć kobiety i co im wolno. I to niby się nie zmieniło. To znaczy zmieniło się o tyle, że znowu ci panowie mają władzę i ich chore fantazje bardzo realnie przekładają się na realia. W XXI wieku!!! A już nie do uwierzenia są dla mnie wypowiedzi niektórych kobiet, że mąż powinien zezwalać na podjęcie pracy zawodowej, bo miejsce kobiety jest w domu, przy garach i gromadce (na chwałę bożą) dzieci.

Zatem Dzień Kobiet wrócił ze swą mocą wskazywania, gdzie jest źle i z wołaniem o uporządkowanie tego ideologicznego chlewu, jaki nam od kilku lat fundują zbawcy narodu.

Tymczasem ja chciałam napisać o czymś nieco odmiennym… Ale chyba muszę to zostawić na jakąś inną okazję.

© 2021, Jo.. All rights reserved.