Mistrz (?) manipulacji

Na koniec lutego powinnam napisać coś o moim projekcie „2021 Bez Projektów”, ale wykluła nam się taka niezbyt przyjemna okoliczność i nieco mi blokuje inwencję twórczą.

Nie, nie chodzi o spadek po moich świętej pamięci Teściach (chociaż spadki to też temat na całkiem zajmujący wpis), ale o poczynania całkiem żywego Tatui.

Mój ojciec całe życie manipulował innymi ludźmi. Na ogół za pomocną pieniędzy albo szantażu emocjonalnego. Wyrwanie się spod tego, chyba wyłącznie pasuje tu słowo „niewolnictwa”, zajęło mi wiele lat, a ono samo odcisnęło piętno na moim życiu i psychice chyba for ever. A teraz jestem świadkiem prób wkręcenia w ten dobrze mi znany mechanizm mojego syna.

I nie mam pojęcia, co z tym zrobić.

Jak wiecie latami, spokojnie można powiedzieć, że przez większość życia moich synów, zainteresowanie dziadka chłopakami było jakby… zdalne… To znaczy, że zdarzało mu się raz na dziesięć lat zapytać o nich, a kiedy się spotykaliśmy (co czytelnicy poprzednich moich blogów może pamiętają – zdarzało się regularnie w czasie kilku lat wożenia dziadka co weekend na wieś), moi synowie byli przezroczyści. Do tego stopnia, że O NICH PRZY NICH ojciec rozmawiał, jakby ich nie było.

Do szału doprowadzały mnie pytania o Kubę, przy Kubie, w rodzaju: „A on w ogóle umie mówić? Albo zna cyfry?”, kiedy Kuba w pamięci roztrzaskiwał zadania do egzaminu gimnazjalnego, bez rozpisywania, bo po co, skoro patrzy na równanie i od razu może podać wynik (co zresztą było problemem, bo matematyczka w gimnazjum specjalnym (!) dla dzieci z autyzmem (!!!) wymagała klasycznego rozpisania każdego zadania).

Ja w ogóle jestem wyczulona na protekcjonalne traktowanie kogokolwiek, a już osób niepełnosprawnych w szczególności. Nie wiem jak podnieść jeszcze rangę przed napisaniem: przez osoby z najbliższej rodziny, więc nie podniosę. A jeśli sytuacja dotyczy moich synów, to kończy nam się skala.

Tymczasem obowiązywała klasyczna zasada: udajemy, że wszystko jest OK, bo wtedy nie będziemy musieli się jakoś specjalnie odnieść, czy (broń Boże!) pomóc. Mój ojciec – tak permanentnie obnoszący się ze swoimi koneksjami i znajomościami, NIGDY nie wykorzystał żadnej z nich, kiedy potrzebowaliśmy pomocy. Nawet nie napisał nam nigdy żadnego pisma czy podania, że nie wspomnę o poszukaniu mogących się nam przydać instytucji, placówek, specjalistów czy przysługujących zgodnie z przepisami subwencji. A siedzi w tym zawodowo od wieków. Jego wiedza o autyzmie jest żadna. Jego znajomość dwudziestoparoletnich wnuków – taka sama.

No i ten dziadek ostatnio wymyślił sobie zacieśnienie więzi z BlueBoyem. Roztaczał przed nim wizję siebie samego, jako człowieka sukcesu, który z niejednego pieca chleb jadł i w razie czego: wal synu, jak w dym, dziadek ci pomoże.

Do czasu, kiedy BB poprosił go u wysłanie do tego „ponad tysiąca kontaktów” w książce adresowej głupiego maila i informacją: „Słuchajcie, mój wnuk prosił, żebym powiedział wam o blogu, który pisze – może byście tam zajrzeli?”. Tak, chodziło o słynny biznes ze ściereczkami do sprzątania.

Nie dość, że dziadek nie pomógł, to jeszcze zrobił jakąś idiotyczną awanturę z pierwszego pod ręką pretekstu. Podobny los spotkał prośbę o poświęcenie godziny na obejrzenie informacyjnego live’a o nanotechnologii, tej stawiającej na nogi w różnych problemach zdrowotnych. Obietnica, że no co za problem i awantura pod byle pretekstem, z zarzutami pod adresem BlueBlue, że… a, nawet mi się pisać nie chce, bo to były takie absurdy, że aż wstyd.

Ja tu tylko dla porządku przypomnę, że BB kończy za chwilę szkołę i oboje z Piterem stajemy na głowie, żeby znaleźć dla niego cokolwiek na „po szkole”, bo inaczej on nam utknie w domu, ewentualnie z jakąś minimalną rentą, bo do dalszej edukacji się nie nadaje, do pracy – też niespecjalnie. Jestem wykończona, bo nie śpię po nocach i tracę nadzieję na jakiś genialny pomysł – nawet przejściowy – dla młodego, bo niby całe życie przed nim, a tak naprawdę równie dobrze moglibyśmy wszyscy wsiąść do samochodu i rzucić się nim w przepaść.

No i od kilku tygodni dziadek bombarduje mojego młodszego syna tekstami o więziach rodzinnych i „szczególnej relacji jaka ich łączy”. Że niby jego i BB. Ten głupieje i przychodzi do mnie, bo kompletnie nie rozumie, co tu się dzieje. „Mamo, jak można mówić, żebym z każdym problemem przychodził do dziadka, skoro jak przychodzę z czymkolwiek, to mi się obrywa?” albo „Ty słuchaj, w ubiegłym tygodniu dwa razy przyłapaliśmy dziadka na kłamstwie, a on mi właśnie pisze o zaufaniu i wiarygodności. No to ja nie rozumiem…”.

Jeśli mam być szczera, to ja też.

Jedynym wyjaśnieniem, jakie mi przychodzi na myśl, to stare dobre metody manipulacji. Tylko że ja mam teraz problem, bo z jednej strony nie chcę ingerować w ich relacje. Ale z drugiej: wiem, czym to się kończy. Wiem, jaką traumę zawdzięczam takim manipulacjom. I gotowa jestem zabić każdego, kto będzie chciał tak pograć z moimi dziećmi. A dodajmy jeszcze, że BB jako osoba ze spektrum, jest idealnym obiektem manipulacji, bo nie łapie tych wszystkich zawoalowanych sugestii i wypowiedzi nie wprost. Przyjmuje wszystko tak, jak mu się powie. Przy długich elaboratach po prostu się wyłącza. Wierzy we wszystko, co mu się powie. I ma spore problemy z odróżnieniem fikcji od rzeczywistości.

Skąd wie, że dziadek kłamie? Bo przychodzi do mnie! Nie wiem, czy z każdą sprawą, ale z wieloma. Bo wie, że ja zawsze jestem po jego stronie i znam go na tyle dobrze, że przełożę na zrozumiały dla niego język to, czego nie rozumie. Robię to od dwudziestu lat…

Ale muszę też przyznać, że coraz częściej sam wyłapuje jakieś rozbieżności. Zresztą trudno ich nie wyłapać, jeśli przez dwa tygodnie jest cyrk w rodzinie przed zaszczepieniem dziadka na COVID – łącznie z pisaniem nowej wersji testamentu, a histeryczne relacje krążą między Warszawą, Łodzią i Traną. Wreszcie nadchodzi ten dzień, a dziadek pisze BB, że tak, miał dwie dawki szczepionki. No to sorry, ale do dwóch BB liczyć umie i na dodatek wie, że między nimi jest dwutygodniowy odstęp. Tu nie trzeba pomocy, żeby dojść do wniosku, że coś nie pasuje.

Że ja z powodu głupiego kłamstwa szczepionkowego raban podnoszę? Nie do końca. To tylko jeden z przykładów – nie wszystkie mogę publicznie przytoczyć. Rzecz w tym, że chyba cała rodzina ma dosyć tych manipulacji, narzucanego pseudomentoringu oraz emocjonalnych szantaży i ojcu został chwilowo tylko BlueBoy. I mnie się to cholernie nie podoba, a na dodatek coraz bardziej.

I co ja mam zrobić?

© 2021, Jo.. All rights reserved.