Co u ciebie, Jo? Bo się nie odzywasz…

Miła rodzinna sobota zaczęła się od awantury, po której zamknęłam się w watykanie, mając wszystkiego serdecznie dosyć.

I można by tu powiedzieć, że BB po prostu nie myśli, Piter jak zwykle nie słucha, co się do niego mówi, zamiast zapytać – robi po swojemu, czy to się komuś podoba, czy nie, a ja mam wybuchowy charakter i na dodatek dawno wyszłam z roli Cierpiącej Za Ludzkość i jak mi coś nie pasuje, to nie łykam łez w kącie, tylko się wściekam za notoryczną recydywę, ale myślę, że istota problemu leży głębiej.

OK, głupi nie są (a przynajmniej nie aż tak) i wreszcie załapali, że jak przychodzi weekend, czyli potencjalnie niebezpieczny czas, w którym z pewnością wyjadę z uwagami o nieposprzątanej podłodze, czy braku ustaleń co do instalacji wod-kan w domu na wsi, to najlepiej wkurzyć mnie z rana. Istnieje prawdopodobieństwo graniczące z pewnością, że mi puszczą nerwy, co w obecnej sytuacji poskutkuje natychmiastowym odwrotem do watykanu, w celu ustabilizowania ciśnienia, wyrównania akcji serca i ewentualnego rozprawienia się z migreną. Ostanie dwa tygodnie spędziłam głównie w łóżku, usiłując przeżyć, więc każde obciążenie emocjonalne kończy się jak powyżej. I oni o tym wiedzą, a dalej jest jak z tym smokiem, którego osioł nie zawaha się użyć.

I ja absolutnie nie zamierzam ich usprawiedliwiać, bo ostatecznie też aż taką idiotką nie jestem i dawno przestałam obwiniać się za uciekające tramwaje, ale jakaś resztka przyzwoitości każe mi dostrzec okoliczności… nazwijmy to: towarzyszące.

Mamy dość. Wszyscy.

Jeśli normalnie funkcjonujący ludzie szturmują od roku gabinety terapeutów, a wszelkiego rodzaju warsztaty Self-Help on-line przeżywają prawdziwą hossę, to spróbujmy sobie wyobrazić, jak pandemia wpływa na rodzinę z dwoma nieneurotypowymi synami, w ostatnim roku ich szkolnej edukacji i chwilę przed dożywotnim utknięciem w domu.

Nie za fajnie.

I zaraz ktoś mi się tu przyczepi o nadużywanie eufemizmów, ale alternatywnie to ja mogę tylko w łeb sobie strzelić, a nie mam z czego.

Bo generalnie to jest tak, że jak wpadam w ton dramatyczny, to jest że się nadmiernie użalam, a przecież każdy ma jakieś problemy, a jak się śmieję wrednemu życiu w pysk, to natychmiast jestem strofowana, że jak tak można i naprawdę nie uchodzi.

Obawiam się, że ostatnio rzuciłam okiem na recenzje mojej książki w empik.com i mi się czkawką odbijają.

Ale ja tu znowu zbaczam z kursu, a chciałam o wyczerpanej wytrzymałości.

No wyczerpała się… Wcześniej też nie było sielankowo, ale przez ostatni rok NIC nie jest tak, jak wcześniej i to wpływa. Zasadniczo na wszystko. Na samopoczucie, na zachowania i na relacje. Bo nasilone niepożądane zachowania i brak możliwości odseparowania się od nich na kilka godzin dziennie sprawia, że chwilami nie możemy się znieść.

Ja to znam, ale oni dotychczas mieli jakąś odskocznie pozadomową. A jak oni szli mi w cholerę, to ja przez parę godzin regenerowałam przebodźcowane zmysły. Głównie słuch. Teraz siedzimy razem, na kupie, od roku i wszyscy zaczynamy dostawać obłędu.

Brak szkoły i pracy poza domem to jedno. Do kompletu mamy jeszcze dwa zagadnienia, bo jak wiadomo: do trzech razy sztuka.

Chłopcy od dzieciństwa byli przyzwyczajeni do aktywności poza domem. Z pewnością nie na taką skalę, jak ich normalnie funkcjonujący rówieśnicy, ale mimo wszystko robiliśmy dużo, żeby z tego domu wychodzili. Kilka razy w tygodniu mieli zajęcia poza domem. Uprawiali sporty. Jeździliśmy na wycieczki. Chodziliśmy do restauracji, muzeów, parków, na wystawy.

Dla funkcjonującego w świecie schematów autysty, przestawienie w tryb „pandemia” jest nie do ogarnięcia. Co znajduje odbicie w nasileniu trudnych zachować. A pisząc o trudnych zachowaniach mam na myśli zarówno wzmożone gadanie do siebie BlueBoya, jak nadmierną drażliwość Kuby, przechodzącą chwilami w autoagresję.

Nie jest lajtowo. Nawet jeśli na blogu wypisuję bzdurne dyrdymały a na fejsa wrzucam słitfocie.

Mój mąż pracując z domu jest o wiele bardziej zaabsorbowany pracą, niż kiedy jeździł do biura. Praktycznie w ogóle z niej nie wychodzi.Rano idzie z Luną na spacer, je śniadanie i zamyka się z komputerem w swoim pokoju. Wyskakuje z niego do łazienki albo żeby sobie zrobić kawę i natychmiast wraca zastrzegając, że już jest spóźniony na następnego kola. Zaczęliśmy mu przynosić na górę obiad, bo mnie szlag trafiał, kiedy półtorej godziny stałam przy garach, a jemu po kolei albo przedłużały się telekonferencje, albo nagle zadzwonił jakiś Hindus z awarią, a ja tam stałam i dziesiąty raz odgrzewałam obiad. Przy czym ja jestem przyzwyczajona do telefonów o każdej porze, do wysyłania z zakupów, kibla, autostrady pod Bolonią i Bóg wie skąd jeszcze kluczy do wywalającego połączenia systemu, do trwających całą drogę Wygnanów – Warszawa tłumaczeń klientowi, że robi się wszystko, aby podnieść sieć a ekipa pracuje non stop na miejscu… To nie tak, że raz mąż się spóźnił minutę na zupę i ja od razu składam papiery rozwodowe.

Wszystko pozamykane. Zima. Siedzimy na dupie w domu. Jeden ciągle w robocie. Drugi gada do siebie pełnym głosem. Cały czas. Trzeci albo ma głupawkę, albo wręcz przeciwnie. W pierwszym przypadku się śmieje i przychodzi z tekstami o ogonie Rolfa, kolorze włosów Atomówek albo małpach, które zabrały Hugo helikopter. Facet, 24 lata, według niektórych: „Patrz jak on sobie świetnie radzi.”. W drugim: trzeba go powstrzymać przez rozwaleniem sobie łba o podłogę, komputer, szybę lub ewentualnie ścianę – nigdy nie wiadomo, na co trafi.

Nie wiadomo co dalej. I tu przechodzimy do punktu trzeciego. Bo za moment kończą się szkoły i zostajemy w czarnej dupie.

Kuba już chyba w ogóle nie wyjdzie z domu. BB… No tu mamy klasyczny przykład wypierdzielenia się dwudziestu lat wypruwania żył i stawania na głowie. Z jednej strony udało nam się osiągnąć nieosiągalne i BB naprawdę funkcjonuje na poziomie niewyobrażalnym kilkanaście lat temu. Z drugiej – to nadal za mało do normalnego życia. Żeby sytuację uatrakcyjnić – jemu się nie pali, żeby coś sobie znaleźć po szkole. Od roku szukam głównie ja. Czegokolwiek, czym mógłby się zająć. Biznesu. Szkoły. Pracy.

A on albo sobie nie radzi, albo nie jest zainteresowany. A jak nie jest zainteresowany, to nie ma takiego cudu, żeby sobie poradził. Za chwilę skończy mu się ubezpieczenie i ciekawa jestem, skąd weźmiemy kasę na kardiologa w Aninie…

A BlueBoy? BlueBoy mówi, że on chce sobie zrobić przerwę i ODPOCZĄĆ.

Mojego męża to specjalnie nie angażuje, bo przecież cały czas siedzi w pracy. Reszta rodziny Bogu dziękuje, że to nie ich problem. A ja za moment chyba oszaleję.

Jeszcze ktoś chce zapytać, co u mnie słychać i dlaczego ostatnio mało mnie na blogach i fejsie? Czy wystarczy wyjaśnienia?

© 2021, Jo.. All rights reserved.