Odkurzacz

Nie, to nie będzie tekst o naszym psie.

Ani o BlueBoyu.

Po prostu padł nam niespodziewanie odkurzacz i stanęliśmy w obliczu wyzwania. Znaczy: trzeba było kupić nowy, bo jednak bez odkurzacza, z JRT, to trochę ciężko.

No więc ja sobie wymyśliłam jakieś cudo nowoczesności, takie co to wiecie: tańczy, śpiewa i obiad ugotuje, i poszłam sprawdzać w Internecie.

Ideałem byłby odkurzacz bez kabla, który na dodatek myje podłogę.

Po dogłębnym zbadaniu tematu dowiedziałam się, że:

Odkurzacze, które myją podłogę, to tak naprawdę skrzyżowanie mopa parowego z elektryczną wersją szczotki Kasia.

Z kolei te bez kabla cierpią na przypadłość pod tytułem: „słaby akumulator”, co prędzej czy później doprowadza człowieka do szału oraz konieczności wymiany sprzętu (bo nie wszystkie mają opcję wymiany samego akumulatora).

Wszystkie są głośne.

Natomiast cenowo przebijają „odkurzacz tradycyjny”, czyli zwykły, poczciwy sprzęcior z wymienianymi workami i rozwijanym kablem zasilającym.

Pojechaliśmy w sobotę do sklepu, a tam niby bogata oferta, ale albo głośne, albo drogie. Jak już było coś w miarę odpowiedniego, to wyłącznie egzemplarze z ekspozycji. A ja nie chciałam z ekspozycji.

I tak sobie pomyślałam, że chrzanię. Bo przecież szlag mnie trafi, jak znowu wydam kupę kasy na coś, co nie będzie spełniać moich burżujskich oczekiwań. W sensie tych myjących bezprzewodowo. W związku z tym kupiłam na Allegro zwykłego Electroluxa, za 2/3 ceny „z salonu” – nówkę nieśmiganą na gwarancji. Jest ultra cichy i ma filtry dla alergików.

No i jest…

GRANATOWY

© 2021, Jo.. All rights reserved.