Pytacie: „Co było dalej?”

Przeszliśmy na system wysyłanych mailem i drukowanych zadań do samodzielnego opracowania. To są naprawdę… Zresztą, nie mnie oceniać. Zadania na poziomie wczesnej podstawówki. Tu połączyć, tam obliczyć. Coś pokolorować. Coś powykreślać.

Ja mam stale problem z oceną faktycznego poziomu funkcjonowania Kuby. Miał robione dziesiątki testów. Wykazywały funkcjonowanie na poziomie kilkulatka. A moja przeklęta intuicja mi cały czas mamrocze, że to chyba nie do końca jest tak. I że system idzie na łatwiznę, a autystycznego Jakuba sprowadza do roli dziecka, nie szukając odpowiedzi o jego potencjał.

Ja się nie umiem przez to przebić. Ale specjaliści też nie zrobili specjalnie dużo, żeby sprawdzić, co tak naprawdę Kuba potrafi.

Zatem lekcje Kuby wyglądają tak, że są na dość niewysokim poziomie, a on nie protestuje, chociaż czasem widać, że go to nudzi, bo lubi mieć święty spokój i nie przepada za wysiłkiem. Nie wiem, czy wam mówiłam, że on ma fenomenalną pamięć i za trzecim razem miał wyryte wszystkie testy, którymi sprawdza się autystów, więc walił je bez zastanowienia. A im wychodziła wysoka sprawność…

Dowiedzieliśmy się przypadkiem, kiedy dwa zadania zrobił źle i nie odszedł dopóki prowadzący nie podał mu prawidłowych odpowiedzi. Następnym razem, czyli rok później – bo te testy były robione co roku – Kuba miał 100%.

O matko, ja znowu tu Beniowskiego robię… Zatem wracając do tematu: ustaliliśmy ze szkołą, że będziemy dostawać mailem i drukować mu prace do zrobienia, a potem skanować i odsyłać do nauczycieli.

No jakie szczęście, że w domu i komputery, i drukarka, i skaner…

Wychowawczyni zaproponowała uruchomienie dla Jakuba lekcji stacjonarnych, ale nie jesteśmy do tej opcji przekonani. Z kilku względów.

Po pierwsze musiałby jeździć szkolnym busem, bo Piter nie da rady codziennie go wozić na drugi koniec Warszawy. To oznacza godzinę w maseczce, która teoretycznie powinien potem wyrzucić.

Szkoła zapewniłaby mu lekcje stacjonarne, ale to nie oznaczałoby powrotu do normalności, o którą Kubie chodzi. Nadal nie działa stołówka, świetlica, sala gimnastyczna. No i nie ma kolegów…

Istnieje prawdopodobieństwo, że spowodowałoby to kolejny kryzys i trzeba by było ponownie wracać do schematu nauczania domowego. Nie wiadomo z jakimi konsekwencjami.

Mam cykora COVIDowego. Nie będę ukrywać. Głównie dlatego, że za cholerę nie wiadomo, jak człowiek przejdzie chorobę. W naszej rodzinie były przypadki i ciężkiego dochodzenia do zdrowia, i przechorowania bezobjawowego. Jedna ciotka męczyła się bardzo, podczas gdy jej domownicy w ogóle się nie zarazili. Że nie wspomnę o śmierci mojego Stryja… I ta niewiadoma mnie ogromnie frustruje, bo w domu i kardiologiczny BB, i ja z rozwaloną autoimmunologią.

Zobaczymy. Na razie te wydruki.

A w oczekiwaniu na wydruki było tak:

Kuba wielce z siebie zadowolony próbował nam wmówić, że to z tą głową podczas lekcji on line, to był WYPADEK. A w ogóle to zdalne lekcje to POMYŁKA. Przyjął jednodniowy szlaban na kompa, ale następnego dnia nie tknął laptopa w godzinach szkolnych! Czekał na szesnastą, bez cienia protestu odkurzył dom i obrał ziemniaki, a nawet sam z siebie zaczął czytać książkę…

Komputer włączył wieczorem, kiedy minęło potencjalne zagrożenie, że mu się Teamsy włączą…

Hm.

Dzisiaj zaglądam do niego koło dziesiątej, a on… siedzi na lekcji… Bez awantur. Bez protestów. Po prostu mi mówi, że nie może zejść na dół posprzątać, bo ma lekcję.

Napiłabym się czegoś, ale trochę za wcześnie…

© 2021, Jo.. All rights reserved.