PostEpifanicznie

Madre mnie wczoraj pytała, dlaczego nie ma wpisu? I czy to oznacza, że Rutynka pojechała na ferie.

Niestety. Obawiam się, że te ostatnie ferie wyszły nam dokładnie jak wszystkie poprzednie, czyli wcale.

Ja to bym nawet chciała, żeby Rutynka miała ferie. Bo może bym się wtedy nierutynowo wreszcie wyspała… Tymczasem o spaniu jak nie było mowy, tak nadal nie ma i nic nie wskazuje na nadciągające zmiany. Prędzej śnieg zimą spadnie, niż ja prześpię spokojnie jedną noc.

No dobra: wystarczy prześpię. Ale też się nie zapowiada.

Nie było wczoraj wpisu, bo jechałam na takim wkurwie

no bardzo przepraszam, ale nie napiszę, że w lekkiej irytacji, bo po pierwsze to nieprawda, a po drugie: lekka irytacja w żaden sposób nie wyjaśnia braku wpisu

że pomyślałam, że to nie jest najlepsza kondycja do pisania czegokolwiek. Może poza testamentem. Nie chcę was zanudzać, więc tylko tak sprawozdawczo zapodam, że znowu zasnęłam przed czwartą, a kwadrans po Kuba poszedł do łazienki, a po nim Luna wylądowała z piszczeniem pod naszymi drzwiami. I oczywiście wszyscy moim panowie natychmiast zapadli w głęboką hibernację i jej nie słyszeli, więc jedyną osobą, która zareagowała, znowu byłam ja i chyba mogę sobie darować opis tego, jaka była moja reakcja.

Dość że rano w Epifanię atmosfera w domu przypominała bardziej skrzyżowanie Wielkiego Piątku z Czarną Niedzielą niż radosne zakończenie Godów.

No i o tym miałam pisać? Na pełnym pełnej petardzie?

Dobra, lecimy dalej.

Jak już ich nie pomordowałam i podniosłam się koło południa, okazało się, że panowie – przyciśnięci do ściany, albo i nawet zapędzeni do narożnika, postanowili przygotować przynajmniej część z zaplanowanych na ten dzień potraw. Dokładniej: zrobili pierogi i jabłecznik. Ale kiedy już wszystko zaczynało wychodzić na prostą, na moją standardową uwagę, że boczek trzeba podsmażyć, a nie podgrzać (standardową, bo wygłaszaną za każdym razem, kiedy panowie usiłują zrobić SKWARKI), Piter odwarknął, że mogę nie jeść. No to nie zjadłam i wróciłam do watykanu.

Potem tłumaczył się, że go poniosło i nie powinien, ale on po prostu nie potrafi funkcjonować w takim stresie.

Zatem wybuchła bomba nuklearna, zmiatając z powierzchni ziemi (Ziemi?, w każdym razie pewnego kompaktowego szeregowca na Błoniach Wilanowskich) resztki śladów życia i cywilizacji.

Ten powyższy nawias wcale nie jest na wyrost, bo chwilę później zobaczyliśmy wstrząsający upadek amerykańskiej cywilizacji demokratycznej… Więc… No ja bym jednak ze mną na wojenną ścieżkę nie wchodziła… Tak na wypadek…

W zaistniałej sytuacji zdecydowanie nie powinnam niczego pisać, więc – raz w życiu słuchając głosu rozsądku – nie pisałam.

Podrywane jeszcze kilkakrotnie przez BlueBoya emocje opadły dopiero późnym wieczorem. On ma wyjątkowe zdolności do podrywania emocji… A to tekstem: „Mogłabyś przestać o wszystko robić afery?”, a to uwagą: „Ja nigdy nie obiecywałem, że będę pomagał przy psie. Na spacer z nią wychodzę. Musi wam wystarczyć.”.

Zatem opadły wieczorem i ja nie chcąc podnosić sobie ciśnienia przed teoretycznym udaniem się na spoczynek, postanowiłam nie tykać komputera.

Dlatego właśnie wczoraj nie było wpisu.

PS.
Pierogi zrobili lepsze od moich.
Jabłecznik też wyszedł im bez zarzutu.

Tylko czy to by nie mogło zaistnieć bez tych wszystkich okoliczności towarzyszących???

© 2021, Jo.. All rights reserved.