(not) For sale!

Kiedy walczyliśmy latem z chwastami na Ziemi Przodków i pogrążona w beznadziei patrzyłam na wyrywających zielsko moich synów oraz męża bojącego się na mnie spojrzeć po odkryciu wykoszenia przez sąsiada sadzonych ubiegłą jesienią krzaczków, doszłam do wniosku, że raz w życiu moglibyśmy wreszcie coś doprowadzić do końca. Tak dla odmiany. Po czym zrugałam samą siebie, bo przecież od sześciu lat mieszkamy na Dzikich Polach, więc to nie tak, że niczego w ogóle nie finalizujemy. Ale w kwestii letniska to niespecjalnie jednak nam idzie.

Ogrodzenie kawałka pola było wielkim sukcesem, ale jeśli mamy tam spędzać czas, nie można na tym ogrodzeniu poprzestać. Musi być jakiś dach nad głową. I łazienka.

Zaczęliśmy od dachu, bo siedzenie w szczerym polu jest słabo kompatybilne z moim toczniem, żeby nie powiedzieć, że w ogóle. Do tej pory nie wiem, jakim cudem udało nam się kupić w OBI altankę. Zdaje się, że zawdzięczamy ją upodobaniu mojego męża do ziemniaków z kefirem. Oraz szwagrowi, dzięki któremu przywieziona w częściach konstrukcja stanęła pośród… w sumie to cholera wie czego. Rozpoznawałam jedynie maki i resztki rzepaku…

Kiedy załatwiliśmy relatywny cień, trzeba było pójść dalej. Ale na to „dalej” kompletnie nie mieliśmy możliwości. I właśnie wtedy, patrząc na walczących z zielskiem moich synów i tego nieco skruszonego męża, strasznie żałowałam, że nie mam żadnych zasobów w postaci mieszkania po babci czy dających się spieniężyć antyków. W sumie to niczego, co można by sprzedać…

Poza Wygnanowem…

A skoro nie stać nas na zrobienie czegokolwiek na żadnej wsi, to po cholerę nam one obie? Po co nam dwa pola bez dachu nad głową?

A skoro już na Ziemi Przodków zrobiliśmy to ogrodzenie (oraz altankę), to może by sprzedać Wygnanów i mieć jakiekolwiek pieniądze na postawienie czegokolwiek właśnie tu?

Zdaje się, że wszyscy byli moją decyzją mocno zaskoczeni.

Jestem pewna, że ze mną włącznie.

Przez chwilę były rozgrywki w rodzaju „Może my to kupimy? A może nie kupimy? A może coś tam.”, ale że jestem ostatnio bardzo uczulona na próby manipulacji, więc się po kolejnej wolcie wkurzyłam i po prostu wystawiłam ziemię na sprzedaż w jakimś internetowych portalu.

Na scenę wkroczył FOCH i pełne wyższości stwierdzenia, że nigdy nie znajdziemy kupca. Oni by nam wyświadczyli tę uprzejmość i może ewentualnie kupili tę ziemię, ale za mało chodzimy i prosimy. No to sobie poczekamy… Jeszcze przyjdzie koza do woza…

Był czerwiec.

Dzisiaj podpisaliśmy dokumenty u notariusza.

Byłoby szybciej, ale dobre trzy miesiące czekaliśmy na krążące zaświadczenia, wyrysy, plany i zaświadczenia.

Rzecz jasna pieniędzy nie wystarczy na najmniejszy nawet domek, bo to ziemia pod Radomiem, a nie na przedmieściach Warszawy, ale możemy coś zacząć robić. Cokolwiek. Fundamenty. Wodę. Prąd. Ja wiem, że ten domek będziemy budować przez kilka lat, ale od czegoś trzeba zacząć. Jeśli będziemy czekać, aż uda nam się uzbierać całą kwotę – to nie wybudujemy go nigdy.

Wygnanów sprzedaliśmy bardzo miłym ludziom. Mam nadzieję, że będą to miejsce kochać równie mocno, jak ja.

A ja… Cóż… Zaczynam coś nowego. I mam nadzieję, że wreszcie się uda. Ostatecznie dzisiaj jest bardzo dobra data na nowy początek. Rocznica urodzin mojej Teściowej, która była wielką patronką operacji: Spadek Po Dziadku.

© 2020, Jo.. All rights reserved.