Nie daj sobie zepsuć Świąt!

Święta powinny być czasem radości. W zasadzie każde, no może poza Zaduszkami i Wielkim Piątkiem. A już Boże Narodzenie to w ogóle! Wiecie: śnieżek prószy, wino się grzeje, dzieci śnieżkami rzucają w choinkowe lampki…

Nie, wróć! Chyba streszczam jakieś amerykańskie kino familijne…

No dobra, ale wiecie, o co chodzi. Love, peace i wymarzone prezenty.

I wczoraj zastanawialiśmy się z BlueBoyem, jak sprawić, żeby Święta faktycznie były okresem radości, a nie czasem udręki i stresu.

Świąteczni joy killers, czyli co zabija radość ze świąt i wywołuje stres:

  • nie zdążyłeś zrobić wszystkiego, co powinieneś
  • spóźniłeś się
  • nie wyszło ci jakieś danie
  • nie posprzątałeś dokładnie całego domu
  • przez pandemię nie możesz spędzić świąt z tymi, z którymi spędzić je chciałeś

To chyba są najczęstsze powody naszych świątecznych frustracji…

Co możemy zrobić, żeby nie pozwolić im przejąć władzy?

BlueBoy proponuje DYSTANS. Ja: szukanie PLUSów. A najlepsze będzie chyba połączenie tych propozycji.

Naprawdę Święta się odbędą bez względu na to, czy umyłeś wszystkie okna i doczyściłeś klamki. Chociaż powinnam tu chyba użyć rodzaju żeńskiego, bo panowie rzadko kiedy mają obsesję pyłku kurzu na ósmej półce trzeciej biblioteki, tak trochę z prawej, tam koło okna.

Ja sobie odpuściłam. Nie sprzątanie w ogóle, ale porządkowego pierdolca. Dom się sprząta na co dzień. Znaczy: raz w tygodniu. Okna się myje, jak są brudne (co u nas oznacza pięć minut po ich umyciu, bo przecież mieszkamy tuż obok budowanej obwodnicy). Jeśli jest zimno, to sorry, ale wolę mieć brudne okna, niż domowników z ciężkim przeziębieniem.

Tak, jak mieliśmy sprzątaczki, to dom był przed świętami wypucowany na glans. Wystarczało do pierwszego powrotu ze spaceru z ubłoconym psem, albo powrotu kota z nocnego łajdactwa. Uodporniłam się. Byle ostentacyjnie syf nie zaczął podpadać pod Simową kategorię „czy nie powinien dokładać się do czynszu?”.

Co roku spisujemy listę rzeczy do zrobienia. Jeśli zaczyna nam brakować czasu – po prostu wykreślamy mniej ważne pozycje. Moi panowie jej nienawidzą, bo oznacza podział zadań i burzy ich błogi spokój za zamkniętymi pod pretekstem pracy i nauki drzwiami, kiedy w każdej chwili mogę wpaść z tekstem: „Masz czas na oglądanie filmu? O ile się orientuję na schodach można sadzić ziemniaki! Najpierw zrób co masz na liście, a potem będziesz odpoczywać!”. Chociaż osobiście uważam, że jest to fair, kiedy wiesz, co do ciebie należy i po zrobieniu czego dadzą ci w domu spokój.

Od kilku lat sprzątanie należy do chłopaków, Piter zajmuje się zaprowiantowaniem i odbiorem zamówień z miasta, ja po pierwsze planuję, po drugie: gotuję.

Wszystko, co mogę, przyrządzam wcześniej i mrożę. Przez lata jeżdżenia z cateringiem do Łodzi wypracowałam sobie system, pozwalający nie paść w Wigilię na pysk. Bardzo się przydaje, kiedy na przykład niespodziewana choroba wyłącza kogoś z działania, albo kiedy z kondycją u mnie słabo i podzielenie pracy na małe porcje jest jedynym sensownym rozwiązaniem.

Znacznie większym problemem jest punkt o nieudanym jedzeniu. Nooo… tu to potrafię wpaść w depresję… Albo szał – jak kto woli. Ja po prostu nienawidzę, jak mi coś nie wychodzi. Nie-na-wi-dzę. Organicznie. Jak Piter coś spieprzy, to pal sześć. Ale jak mi wyjdą minimalnie nie takie pierogi… To jest, proszę państwa, koniec świata. Pęknięty makowiec oznacza zagładę ludzkości. Zakalec w drożdżu – kataklizm. Zbyt wysoki piernik – nocny koszmar.

Więcej grzechów nie pamięta, ale te mi w zupełności wystarczają.

Nie, nie ma na to lekarstwa. A co do tych ostatnich ZIOŁOWYCH tabletek na uspokojenie, to mam na nie alergię.

Został nam na liście temat pandemicznej izolacji. Jak wspomniałam kilka dni temu – moi synowie postrzegają Boże Narodzenie jako święta rodzinne. Tymczasem z gwarnych i tłocznych Świąt na trzy domy, został nam w tym roku zakaz spotkań powyżej pięciu osób. Można powiedzieć, że spełnia się mój najgorszy świąteczny sen. I tak siedząc z BlueBoyem przed kominkiem, doszliśmy do wniosku, że z tymi najgorszymi Świętami, to lekka przesada. Że to wyłącznie kwestia nastawienia. Skoro mamy taką sytuację, jaką mamy, wyślijmy kartki z życzeniami. Umówmy się na telefon lub pogadanie przez Skype. Powspominajmy stare, rodzinne Święta. Tylko nie pogrążajmy się w smutku, bo nic nam to nie da.

Zadowoleni z siebie chcieliśmy zakończyć rozmowę, kiedy wypadła nam ostatnia mała karteczka z pytaniem:

A co zrobić, kiedy ktoś za wszelką cenę usiłuje nam zepsuć Święta?

No wiecie: wy się staracie, robicie wszystko, co należy. Z odpowiednim wyprzedzeniem. Nie trujecie rodzinie. Nie wyżywacie się na otoczeniu. Jesteście zdystansowani i nawet nie zauważacie niedoczyszczonego przycisku w toalecie na poddaszu. Ale ktoś czuwa. Ktoś jad puszcza. Czepia się, czego tam czepić da się. Dogaduje. Awanturuje się. Chamsko odszczekuje.

– Co z tym zrobić, synu? JAK nie pozwolić takiej osobie zepsuć nam Świąt?
– A nie masz jakiegoś łatwiejszego pytania, Mamo??? Właśnie zepsułaś mi nastrój.

© 2020, Jo.. All rights reserved.