Powrót z Bambuko.

Nocami nie śpię, więc nadrabiam lektury.

Czytam właśnie ostatnią Nosowską. Pierwsza bardzo mi się podobała, więc jak tylko pojawiła się ta nowa – natychmiast ją kupiłam. I tu się włączyła Moja Wewnętrzna Wiedźma, bo nie mogłam się zabrać do czytania. Tyle na tę książkę czekałam i … nie rzucam się na nią, nie zarywam roboty, żeby cały czas jej poświęcić. Co jest, do cholery?

I już chyba wiem. Ale skąd MWW to wiedziała zanim rzuciła okiem na pierwszą stronę, jest dla mnie nierozwiązaną póki co zagadką.

Powrót z Bambuko jest książką podczasterapeutyczną. No wiem, że nie ma takiego słowa. Właśnie dlatego je sobie wymyśliłam. Zatem podczasterapeutyczną, czyli taką, którą się pisze przepracowując różne tematy. Wiem, sama to robiłam i trochę jeszcze czasami robię, w błękitnym zeszycie z kolorowymi naklejkami typu: enjoy your journey – bo to miał być dziennik z podróży. Niby nadal jest dziennikiem z podróży, tylko podróż mi się zmieniła przez pandemię i zamiast Giro Di Lago, mamy przebijanie się przez warstwy własnej, nieco wypaczonej przez życie, psychiki. Nawet mi to pasuje do tego Powrotu…, słowo daję…

Ale nie o tym chciałam. Otóż jeden z początkowych rozdziałów opowiada historię uzależnienia i odzyskania niezależności od internetowej guru. Ja wprawdzie jestem do bólu oduzależniona od jakichkolwiek guru, również internetowych, ale miałam w swoim życiu epizod zawłaszczenia. Może nie takiego, że ledwo oczy otworzyłam to leciałam klikać, co też dzisiaj nowego od rana, ale zaczęłam łapać się na myśli, że coś chyba za dużo mojej uwagi wysysa mi to źródło…

Jestem spod Ryb – uzależniam się od wszystkiego. Każdy horoskop wam to powie, że o numerologii nie wspomnę. Sprawdzałam. Dajcie mi pierwszą z brzegu rzecz, a ja wam udowodnię, że można się od niej uzależnić. Ale zawsze najbardziej uzależniałam się od ludzi. Zwłaszcza takich, którzy mi okazali choćby minimum zainteresowania. I ślepa byłam absolutnie na koszty, jakie za to zainteresowanie przychodzi mi płacić.

Tylko że w przeciwieństwie do Autorki Powrotu…, dość szybko doszłam do wniosku, że jednak chyba mi nie po drodze. Bo widzicie – jestem organicznie leniwa. Nie tylko do uprawiania sportu czy gotowania wyszukanych dań, ale do każdego nieuzasadnionego wysiłku. Przy czym sama sobie ustalam, co jest usprawiedliwione, a co nie – żeby było oszczędniej, bo szukanie czyjejś opinii jednak wymaga zaangażowania, co jest niejako w sprzeczności z tym wspomnianym lenistwem. A wielbienie kogoś albo chociaż uciążliwe podporządkowywanie się zasadom bycia fanem, jest dla mnie zbyt wyczerpujące.

No, nie mam idoli, OK? Z autorytetami też tak różnie i raczej w wąskich kategoriach. A od roku, czyli od mojej upiornie przemeblowującej myślenie podróży, to nawet i tu miewam problemy, bo mi się nieoczekiwanie logika potrafi włączyć i pozamiatane.

I ta książka jest właśnie takim zapisem odkryć i refleksji, jakie nachodzą człowieka, kiedy ten zaczyna grzebać w swoich emocjach, myślach i odkryciach. I usiłuje z tego kalejdoskopu ułożyć jakiś kolaż, który wreszcie przestanie się tak irytująco ruszać. A ja mam już swój kolaż nie tylko ułożony, ale przyklejony super klejem i oprawiony w ramki, niczym ta kawiarnia Vincenta. I grzebanie w pudełku pełnym pomieszanych puzzli jest dla mnie właśnie takim porannym zaglądaniem na Insta celebryckiego guru. A jak wspomniałam: lenistwo chroni mnie przed podążaniem cudzymi ścieżkami.

Tu chciałam zgrabnie zakończyć, ale EUREKA! odkryłam, że przecież, do ciężkiej cholery, robię dokładnie to samo na swoim blogu! Wywlekam te bebechy i każę ludziom patrzeć, jak je oczyszczam i wpycham z powrotem. I myślę, że skoro każda lektura czegoś uczy, to chyba pora odrobić lekcję: ZAMKNIJ SIĘ. No wiecie: przestań ciągle mówić o sobie, bo zanudzisz ludzi na śmierć i już nikt nie będzie cię czytać.

Tylko muszę jeszcze znaleźć jakieś nowe tematy do pisania…

© 2020, Jo.. All rights reserved.