W kuchni.

Nie jestem wybitną kucharką. Daleko mi do mojej Teściowej, Marianny czy Faretty. Kompletnie nie mam ich zdolności do wymyślania nowych potraw i nie umiem eksperymentować w kuchni. Zdarzyło mi się stworzyć kilka własnych wersji powszechnie znanych dań, ale wyłącznie z konieczności życiowej. I wtedy, owszem, rąbałam serniki aż do osiągnięcia pożądanego stanu słodkości i drożdża, aż najbardziej przypominał drożdże Babci Toli. Albo parmi – no parmi to mi zajęło kilka lat, bo miało zachowywać wszystkie zalety parmigiany di melanzane, ale przy minimum wysiłku i bez panierowania i smażenia w hektolitrach oleju. Bo ja jestem cholernie leniwa i oszczędzam czas i energię. Własną. Ale to są wyjątki. Mam fobię z dzieciństwa i szkoda mi każdego potencjalnie zmarnowanego jajka, więc nie eksperymentuję i nie wymyślam. Dlatego tak cenię dobre przepisy. A od fachowców wymagam nieskalanej wiarygodności. Bo ja muszę po prostu wziąć przepis i postępując step by step zrobić coś jadalnego.

Ja wiem, że teraz kilka osób mamrocze pod nosem inwektywy o fałszywej skromności i chorej kokieterii, ale taka jest prawda. Dzieliłam się kiedyś moim przepisem na bycie postrzeganym jako świetny kucharz: „Naucz się perfekt kilku przepisów, rób je w różnych kombinacjach, a wszyscy dokoła będą uważać, że świetnie gotujesz.” I tak właśnie robię od wielu lat. No może zamiast kilku mam teraz trochę więcej tych opanowanych do perfekcji receptur, ale nadal nie uważam się za kulinarną mistrzynię.

Nie cierpię jak mi jakiś mistrz spada z piedestału. Bardzo się zirytowałam, kiedy musiałam wynieść książki Łebkowskiego na poddasze, bo stopień ich niekompetencji poraził nawet mnie. A dzisiaj od rana walczę z KitchenAid – teoretycznie guru amerykańskich gospodyń domowych, czyli z założenia: zorientowanym na klientkę wymagającą łopatologicznych wskazówek i bezbłędnych receptur.

patrz: Zawartość kubka może być gorąca! albo: Nie wolno wkładać kota do tej pralki!

No to wypisz – wymaluj JA!

OK, wiem, że kubek z czekoladą na gorąco zawiera gorącą zawartość. I nigdy nie przyszło mi do głowy włożenie kota do pralki. No dobra – zostańmy przy przykładzie z czekoladą.

I ja biorę w niedzielny poranek o świcie, czyli tak koło jedenastej, książkę kucharską KA, bo zamierzam zrobić według niej tort na jutro dla Jaśka. I czytam. I już od razu się budzę, bo za cholerę nie wiadomo, w którym momencie użyć figurującego w składnikach masła. Nawet Pitera zawołałam, żeby sprawdził. Bo Piter, jak raz, śpi bez problemów, w przeciwieństwie do mnie. A że ja stan niespania mam trwały od trzech tygodni, to funkcjonuję niejako z rozpędu i przyzwyczajenia, z tym, że mi się wyczerpuje. Zarówno rozpęd jak i przyzwyczajenie.

No i Piter też nie znalazł masła w opisie wykonania ciasta.

I w tym momencie moja krucha wiara w stałość fundamentów życiowych sięgnęła dna. A potem znalazłam jeszcze przepis na gnocci i jedyne, co mi pozostało, to sprawdzić, czy przypadkiem nie mam w lodówce jakichś resztek Martini Prosecco.

Przy drugim kieliszku odzyskałam względny spokój. I pomyślałam, że może nie jest ze mną tak najgorzej…

Może nawet mogłabym jednak napisać własną książkę kucharską?

PS.
GNOCCI – czytane, jak rozumiem, jako gnoczi, to najprawdopodobniej kuzyni bruszety i czjanti.
Sorry, ale brak mi wyobraźni na ciąg dalszy. Lambodżini mi odjechało.

© 2020, Jo.. All rights reserved.