Piątek. Trzynastego.

Podobno znacznie bardziej pechowa od Piątku Trzynastego jest Sobota Czternastego. Dla mnie chyba tym razem był to Czwartek Dwunastego, chociaż przecież dwunastka jest moją szczęśliwą liczbą. No ale sami wiecie: na zawirowania Wszechświata nie mamy zbyt wielkiego wpływu.

Wczoraj tak jakby trochę nie żyłam, dziś już jest lepiej, ale obiecany tekst o Gęsi napiszę, jak będę miała wenę. Możliwe, że jutro, ale z weną jest jeszcze gorzej niż ze Wszechświatem. Bo ona jak Matka Boska: pojawia się z rzadka i nie każdemu. Oraz oczywiście wyłącznie wtedy, kiedy sama ma na to ochotę.

Skoro już przy tematach boskich jesteśmy, to mariaż władzy z religią zawsze źle się kończy. Prędzej czy później. W sumie tym prędzej, im o większe sumy chodzi. Nie wiem do jakich doszedł PiS (nawet nie wliczając Rydzykowych term i uniwersytetów), ale Filip IV trochę się przejechał na myśleniu, że można wziąć, a potem się wykręcić z oddawaniem. Z tym, że tu mamy sytuację niejako odwrotną i raczej nikt nie wierzy w moc klątwy potencjalnie rzuconej przez szeregowego posła. W przeciwieństwie do Jacquesa de Molay. No ten to miał moc! I pewnie znalazłoby się paru chcących mu dorównać w skuteczności.

Ja sobie wezmę dziś wolne. Tak na wypadek, gdyby któreś z rzucanych wczoraj przeze mnie przekleństw miało się rykoszetem urealnić. Wprawdzie ściany watykanu mnie chronią, ale czasami trzeba je opuścić. Żeby jakieś żarcie zrobić Szarańczy, albo co…

PS.
A wiecie, że Włochów Piątek 13 nie rusza? Oni mają swój 17’go. Piątek to wiadomo: dzień ukrzyżowania Jezusa. A siedemnastkę zapisuje się rzymskimi cyframi jako XVII. Jego anagramem jest VIXI, czyli „żyłem”. Więc na wszelki wypadek, chcąc pozostać w czasie teraźniejszym, potomkowie rzymian tej daty nie lubią.

Swoją drogą: czego to człowiek nie wymyśli, żeby sobie skomplikować życie…

© 2020, Jo.. All rights reserved.