Algorytmy.

Wbrew pozorom człowiek jest istotą prostą. Tylko lubi wszystko komplikować. Z pewnością też znacie kogoś, kto jak nie ma problemu musi go sobie natychmiast stworzyć, bo inaczej nie potrafi funkcjonować? Tymczasem życie naprawdę jest proste: jak kanapka – to z pasztetem, jak kolor – to niebieski, a do picia wiadomo, że Martini Prosecco.

Serdecznie pozdrawiam Makówkę i Quacka.

Ale algorytmy, to coś innego.

Ja wiem, że wystarczy raz w coś kliknąć, żeby potem co chwilę wyskakiwały mi „idealnie dla mnie wybrane propozycje”. I doprowadza mnie to do szału. Kiedyś nawet zablokowałam wyskakujące okienka, ale nie pamiętam, czy to coś dało, bo musiałam je przywrócić, kiedy nie mogłam obejrzeć kolejnej istotnej z jakiegoś powodu strony, która była zdefiniowana jako wyskakujące okienko.

I czasami jest to owszem przydatne, ale w większości przypadków irytujące do granic. Bo ile razy podczas czytania jednego artykułu mam oglądać buty Clarksa albo biustonosze Triumpha???

Tak przykładowo.

Ale to, co wczoraj pisałam, nie dotyczy drogi od A do B, żeby na końcu samo podsunęło Q. Dajmy na to mam problem. trudny do rozwiązania. Przewaliłam go mentalnie milion razy. Sama. Niczego nie klikałam, nie szukałam. Bo jak zarazy unikam wszystkiego, co się kwalifikuje do rozwoju osobistego. Nie czytam książek, nie oglądam filmików na YT, nie śledzę coachów. Ba! Nawet nie znam ich nazwisk!

Siedzę nad tym moim problemem i go obrabiam. I utykam na jakiejś nierówności. I pewnego dnia włączam kompa. Koleżanka komentuje mi zupę pomidorową. Wchodzę w jej komentarz, czytam, a potem – zupełnie nie wiem dlaczego, klikam w jej profil i znajduję w znajomych osobę, której nie widziałam od lat. I ta osoba kilka dni później podpowiada mi rozwiązanie mojego problemu.

Albo prościej. Myślę o psie. Takim, który by mi myszy łapał. Jeszcze niczego nigdzie nie szukam – po prostu pomyślałam, że może by psa wziąć, nie kota. Włączam kompa. Pierwszy artykuł, który mi się wyświetla jest o Jack Russell Terrierrach.

Takie przypadki (?) miałam na myśli. Kiedy Wielki Komputer musiałby mieć dostęp do moich niewypowiedzianych jeszcze i niewyklikanych myśli. A ponieważ od jakiegoś czasu takich przypadków mi się namnożyło, a w życiu pozainternetowym też jakoś przyciągać zaczęłam inne rzeczy, niż przyciągałam przez całe życie, to się zastanawiam, czy jednak czegoś w tym nie ma.

I chyba jeszcze raz sięgnę po Rhondę – choćby po to, żeby sprawdzić, czy nadal będę się z niej śmiać.

© 2020, Jo.. All rights reserved.