Telefon.

Ja generalnie nie jestem zbyt spokojną i cichą osobą, i wachlarz rzeczy, którymi można mnie wkurzyć jest naprawdę szeeeerooookiii, ale jest kilka rzeczy niezawodnych, których zastosowanie daj rezultat natychmiastowy.

Na przykład można mi wymienić telefon…

Moim ukochanym telefonem był taki maleńki Samsung z klapką, mieszczący się w dłoni oraz w każdej torebce i kieszeni. Miałam po kolei dwa takie aparaty, różowy i fioletowy. Kochałam je bezgranicznie i nie chciałam zamienić na żadnego smartfona. Niestety w końcu zaczęły szwankować przyciski i nikt mi tego nie chciał już naprawić, trzeba się było rozstać.

Kiedy pojechałam z BB do Łodzi na operację, dostałam od Pitera smartfon. Nienawidziłam go serdecznie, ale okazał się ogromnie przydatny. Smartfon, nie Piter. Całymi dniami siedziałam na kardiochirurgii przy dziecku i kontakt z zewnętrznym światem mieliśmy głównie przez Internet, no a ten Internet był w smartfonie. Marki Samsung zresztą.

Ej! Samsung! Byś nie wsparł Matki Autyzmu jakąś współpracą?

No naprawdę, ludzie to się nie umią zachować…

Dlaczego „dostałam od Pitera„? Bo w tamtym czasie jako osoba nie mająca żadnych przychodów nie mogłam podpisać umowy z operatorem telefonicznym. Ani tym bardziej kupić sobie na raty telefonu.

Prawdę mówiąc: szczoteczki do zębów też nie.

Kilka lat później, po wielu konwersacjach w rodzaju: „Nie, nie mogę z panią na ten temat rozmawiać (przykładowo: o zmianie taryfy czy dodatkowych minutach na rozmowy zagraniczne), bo pani nie jest upoważniona. Proszę poprosić do telefonu właściciela.” szlag mnie trafił i zażądałam od małżonka przepisania numeru na mnie, co zresztą uczynił.

Ale po kilku kolejnych latach (oraz kursie u Eweliny), kiedy nadarzyła się korzystna oferta połączenia rachunków BlueBoya i mojego, zrezygnowałam bez bólu z bycia osobą upoważnioną i znowu jestem użytkownikiem telefonu formalnie należącego do Pitera. Tyle, że teraz kompletnie mnie to nie nie wzburza i generalnie niemal w mojej świadomości nie istnieje.

Jasne, że Piter płaci rachunki. Przecież to jego telefon 😛

No i pewnego pięknego dnia mąż mnie poinformował, że zamówił mi nowy aparat, więc może byłabym ewentualnie uprzejma nie rzucać nim (nowym telefonem), bo nie dość, że wymiana szybki kosztuje jakieś chore pieniądze, to na dodatek on (Piter) musiałby znowu jeździć do serwisu, a podczas pandemii, to różnie bywa z dostępnością. I że proponuje od razu zainstalować ochronną folię oraz zakupić odpowiednie etui. Tak na wypadek.

Udało mi się przeciągnąć przesiadkę na nowy telefon przez dwa miesiące, ale w końcu nadszedł ten dzień.

Nowy telefon (zgadnijcie jakiej marki?) oznacza nowe ustawienia. A do tych potrzebne są stare hasła.

No jasne, że ich nie pamiętam… W ogóle co za pytanie?!

CUDEM udało mi się odnaleźć PIN do karty. Tej od telefonu. Bo bankomatowej po prostu nie pamiętam i kazałam nauczyć się mężowi. Więc jak już znalazłam PIN do telefonu i zaraz potem on zawył (telefon, nie PIN oczywiście), że mam mu podać hasła do Skype, FB, Messengera i Gmaila, to się załamałam. Trochę.

A że był to wieczór, a mnie nie wolno się denerwować – znaczy w ogóle, ale wieczorem to już zupełnie – to odłożyłam ten szczerozłoty telefon na biurko, żeby przypadkiem mi się na niego nie wdepnęło w nocy i poszłam spać. Ale od rana przetrząsam papiery w beznadziejnym poszukiwaniu zapomnianych haseł. I wszystko wskazuje na to, że jednak będę musiała dokonać najbardziej znienawidzonej operacji (zaraz po sprzątaniu Jakuba pokoju i babraniu się w surowym mięsie), czyli odzyskiwaniu kodów pełną bólu drogą esemesów, maili i potwierdzeń, że nie jestem robotem.

Tak, nadal kocham swojego męża.

Jak sądzę.

© 2020, Jo.. All rights reserved.