Pytanie

Właściwie to mam ochotę wpaść w jakąś gigantyczną depresję, tylko nie mam czasu… Muszę wymyślić coś na obiad… Na najbliższy miesiąc, albo i dwa. Łącznie ze Świętami. No i prezenty… Bo my jakoś sobie damy radę, ale moi synowie to już niespecjalnie. Tymczasem nie mam kiedy napisać pozwu rozwodowego, bo stoję przy garach, jako że wychodzą mi z budżetu ziemniaki i cebula. A na surowo to jednak tak średnio. Trza przetworzyć. Zwłaszcza ziemniaki.

No ciekawie, ciekawie… Tak z cyklu „Obyś żył w ciekawych czasach.”. A najciekawsze jest to, że w mojej części rodziny wszyscy mnie uznają za bezrefleksyjną utracjuszkę. Przywykłam do paradoksów. Tylko paradoksami nie nakarmię dwóch rozpuszczonych kulinarnie i wybiórczych żywieniowo autystów, w tym jednego ze stałym aparatem na zębach, uniemożliwiającym jedzenie wszystkiego. Znaczy wszystkiego w BlueBoyowej definicji zjadalności, OK?

Zresztą podejrzewam, że właśnie ten aparat (oraz Pitera „eee… wiesz co… chyba się rąbnąłem w liczeniu… albo źle usłyszałem, ile on kosztuje…”) wydrenował nam obecnie budżet. Do dna. Dna dna. No wiecie chyba czym jest dno dna, nie?

Na razie podeszłam do problemu zadaniowo i chyba wyjdzie mi z tego książka: „Ziemniaki na co dzień, czyli czym żywić rodzinę, kiedy twój mąż wyda całą kasę, a okna masz nowoczesne, znaczy bez kitu?”.

Póki co próbuję się jednak nie udusić do końca i mam takie pytanie: co można kupić dwudziestoletniemu autyście cena-nie-gra-roli-bo-zawsze-dostawałem-wszystko-na-przykład-Kermita-z-amerykańskiego-ebaya na Gwiazdkę za dychę? Podrzucicie jakieś pomysły?

© 2020, Jo.. All rights reserved.