***

Wyłączyłam się wczoraj na chwilę, bo mnie po prostu skasowało. Stryj był najbardziej żywą osobą, jaką spotkałam w życiu. Nadpobudliwością nawet BlueBoy mu nie dorównywał. Człowiek – wulkan energii. Wszędzie, zawsze, na maksa. Nie było dla niego rzeczy niemożliwych. O siódmej rozmawiał z Tatui, a dwie godziny później go nie było. Nie ma cudu, żeby coś takiego człowieka nie przystopowało.

Ja tu mam od kilku dni nieco zintensyfikowane atrakcje, powiedzmy że natury ogólnej. Na dodatek wymagające niezwłocznie rozwiązania i to mojego, chociaż nie ja jestem ich autorką. Wyczerpują mnie cholernie i znowu walnęło mi zdrowie, więc mam problem podwójny. Bo moje walnięcie zdrowia oznacza wypluwanie oskrzeli do utraty tchu przy wtórze serca usiłującego wyskoczyć gardłem. No taka nerwicowa atrakcja, którą mi diagnozowano chyba z piętnaście lat. I nie mogę z tym cudem pojechać do żadnego lekarza, bo z automatu wpakują mnie do izolatorium i nie wytłumaczę nikomu, że to nie koronawirus. Siedzę więc w domu, gaszę pożar wywołany przez cudzą głupotę, dusząc się niemiłosiernie i co chwilę umierając wprost, zużywam wszystkie dostępne w domu środki, które kiedykolwiek przynosiły mi minimalną choćby ulgę, czemu towarzyszy nieustanne darcie mordy przez BlueBoya, który właśnie coś tam sobie odreagowuje i nie jest w stanie zapanować nad wydawanymi NON STOP dźwiękami, martwię się o ojca, bo nagła śmierć młodszego brata jest wielkim szokiem, martwię się o ciotkę – bo oni tam wszyscy chorują i nawet nie chcę sobie wyobrazić sytuacji, w której się znalazła. Cały dzień wszystko mi z rąk leci, łącznie z moimi lekami i w pewnym momencie już nie wiem, które tabletki wzięłam, a których nie – co jednak przy betablokerach ma pewne znaczenie. Ze zdumienia przecieram oczy na kolejne teksty nadsyłane przez Madre.

To wszystko jest takie abstrakcyjne. Nierzeczywiste. A jednak prawdziwe. Nie czuję się upoważniona do odbioru kondolencji, bo te należą się Stryja żonie, dzieciom, wnukom i przyjaciołom. Ale w jakiś sposób mnie to też dotyka. Jak każde spotkanie z ostatecznością.

Siedzę od wczoraj z Tatui na czacie. Namawiam go, żeby napisał wspomnienie. Bo Jurek był (aż nie mogę w to uwierzyć…) postacią niezwykle barwną i zasługuje na odpowiednie pożegnanie. A pogrzeb będzie dość symboliczny, zważając na obecną sytuację.

© 2020, Jo.. All rights reserved.