Plan lekcji.

Jako że JUŻ przyszły podręczniki zamówione na początku roku szkolnego, Piter zaliczył rano kurs na drugi koniec miasta i wrócił z zaleceniem, aby Jakub uczestniczył w lekcjach on-line zgodnie z obowiązującym od września planem.

Wracamy zatem do punktu pod tytułem:

Pandemia – pandemią, ale czy was do reszty porąbało???

Bo tak się składa, że Jakub sam nie zrobi żadnego zadania. To znaczy: zrobi, ale ktoś musi to nadzorować. Jak mu dać książkę czy zeszyt i zostawić samego, to najwyżej pieprznie nimi w kąt i wróci do Allo Allo. Ktoś musi mu pokazać palcem, co jest do zrobienia, potem sprawdzić, albo zadawać pytania on-line. Przy czym to on-line też różnie wygląda, bo wczoraj nauczycielka powiedziała, że ma jednego ucznia w klasie i Kubę na transmisji, więc musi najpierw popracować z jednym, a potem z drugim. Zatem kiedy pracuje z tym w klasie, to ktoś tu powinien mieć Kubę na oku [uwaga moja].

Dokładnie takie samo zalecenie: pracy on-line w trybie rzeczywistym, ma BlueBoy. Z BlueBoyem siedzieć nie trzeba, wystarczy po lekcjach zdalnych poświęcić trzy do pięciu godzin na omówienie i napisanie prac zaliczeniowych z historii, polskiego i przyrody.

I ja tak tradycyjnie zapytam: czy szkoły wypożyczą nam komputery? Bo jeśli dwóch synów ma w tym samym czasie pracować zdalnie przez komputery, to nigdzie nie ma przepisu, że mam obowiązek im te komputery kupić.

No i druga, równie beznadziejna, kwestia.

Dlaczego szkołom (celowo nie precyzuję, że nauczycielom lub dyrekcji i nie zamierzam się zastanawiać nad tym, w jakim stopniu kuratorium, ministerstwu czy komu tam jeszcze wyżej) wydaje się, że ja tu nic innego nie robię, tylko czekam na możliwość samorealizacji w roli domowego nauczyciela? Bo to już nie jest pomoc dziecku (lat dwadzieścia plus…) w odrobieniu zadań domowych, ale regularna praca na etacie. Nie chcę być nieuprzejma, ale podobno ludzie kończą jakieś studia, po których dopiero mogą wykonywać zawód pedagoga specjalnego (że nie wspomnę o studiach kierunkowych). A ja jestem zwykła gospodyni domowa po maturze i się nie znam. Nie umiem. Czasu nie mam. Muszę codziennie ugotować obiad, wyprać i wyprasować tonę ciuchów. Domem się zająć. No to sorry bardzo, ale ciemny garkotłuk, albo nauczyciel do zadań specjalnych! Bo dostrzegam tu pewien brak konsekwencji, żeby go nie nazwać dysonansem…

Tak, potrafię zrobić lekcje z chłopakami. Jakby mi się chciało tyłek ruszyć to pewnie bym i te Teamsy obsłużyła. Tak, każdy z nas ma swój pokój i komputer. Jesteśmy farciarzami, bo od biedy zamykamy się w swoich pokojach i pracujemy, jednocześnie, w czasie rzeczywistym. OK, może to nie tylko kwestia szczęścia, bo niczego od nikogo nie dostaliśmy w prezencie i to, co mamy, sami sobie ciężko wypracowaliśmy. W szerokim rozumieniu „mamy” i „wypracowaliśmy”. Ale czasu nie rozmnożę. I nawet ja nie jestem w stanie być jednocześnie w kilku miejscach.

A, i jeszcze jedno: wcale nie uważam, że moje pisanie jest mniej ważne od quizu „Gdzie się wykonuje różne zawody?” albo łączenia liniami pasujących wyrazów. Ewentualnie plasuje się niżej niż Pitera przygotowywanie oferty dla klienta, ale wyłącznie dlatego, że za Pitera pracę dostajemy pieniądz żywy na jedzenie i rachunki, a za moje pisanie pies z kulawą nogą nie zapłaci. Natomiast nie widzę uzasadnienia dla odrywania mnie od mojej pracy, żeby pilnować kolorowanki syna i to, czy się w odpowiednim momencie włączy na Teamsy. Sorry.

© 2020, Jo.. All rights reserved.