Zdalne nauczanie. Specjalne.

Oficjalnie rozpoczęliśmy zdalne nauczanie obu paniczów. Ku naszemu zaskoczeniu Jakub podjął decyzję, że będzie się uczyć on-line i nawet sam odbiera sobie połączenia ze szkołą, przyprawiając nas od czasu do czasu o zawał. No bo siedzi sobie w pokoju i nagle słychać, że coś komuś opowiada… No i dziś miałam w związku z tym taką małą atrakcję.

Kuba wypadł ze swojego pokoju z okrzykiem „Poproszę mamę lub tatę!”. Poszłam. Pani nauczycielka chciała uzgodnić różne takie. Organizacyjne głównie. OK.

Pół godziny później Kuba znowu zażyczył sobie przyjścia któregoś z rodziców, a ponieważ Piter właśnie zszedł do kuchni po kawę, ponownie przerwałam swoją pracę i zajrzałam do niego. Znaczy usiadłam przed jego kompem.

Był problem natury techniczno-coś tam. Ja się nie znam. Na dodatek zostałam wyrwana z wyjątkowo wymagającego akapitu i możliwe, że słabo kojarzyłam. No bardzo przepraszam, ale jak coś piszę, to mocno koncentruję się na tym pisaniu i trochę mi umyka reszta. A nauczycielka stanowczo domagała się ode mnie współpracy w odnalezieniu w Kuby komputerze plików…

Ja to powtórzę:

Domagała się odnalezienia w Kuby komputerze potrzebnych do pracy plików.

Nikt, kto zna Jakuba, by tego ode mnie nie wymagał. NIKT. Prawdę mówiąc: nie wymagałby tego od nikogo. Albowiem Kuby komputer stanowi dżunglę, dzicz i wybuchy na Słońcu w jednym.

Tam jest WSZYSTKO. A Kuba ma zwyczaj otwierania dwudziestu okienek jednocześnie. Czasami i więcej, czyli ile wlezie. I normą jest u nas sytuacja, że mu się komputer wiesza z powodu pootwierania wszystkiego, co się dało otworzyć. I teraz wyobraźcie sobie mnie, po usłyszeniu pytania:

„I co się pani wyświetliło?”.

PS.

OCZYWIŚCIE, że poszłam po Pitera, chociaż pani próbowała mnie zdyscyplinować i wydawała kolejne polecenia. Przede wszystkim dlatego, że Piter na co dzień pracuje na Teamsach, a ja kompletnie ich nie znam. Ale również dlatego, że Kuby komputer jest ostatnią rzeczą w tym domu, którą bym chciała tknąć w innym celu, niż odkurzanie.

Natomiast bezgraniczne zdziwienie budzi we mnie założenie, że siedząc w domu niczym się nie zajmuję i w każdej chwili mogę przyjść i poświęcić bliżej nieokreślony czas na szukanie czegoś w aplikacji, której nie znam. Na dodatek na żywo i on-line.

Trochę mi to przypomina wieloletnie walki z transportem, zakładającym że nie musi mnie informować, kiedy będzie z odebranym ze szkoły dzieckiem, bo skoro ja nie pracuję, to przecież waruję godzinami przy furtce i w zasadzie nie ma po co do mnie dzwonić.

Wiecie co? W sumie to przyszłoroczne zakończenie edukacji szkolnej chłopaków ma też jakieś PLUSy…

© 2020, Jo.. All rights reserved.