Nobody’s perfect, czyli makrela.

Podczas wakacji w Port Frejus (nieodmiennie polecam Codziennik Agi Pe. – tylko, że nie można go już nigdzie kupić…) jedliśmy świetne makrele. Kupowaliśmy je na tacce w Géant i grillowaliśmy na balkonie. Znaczy na grillu ustawionym na balkonie. Kupiliśmy je właściwie dla siebie – chłopcy mieli burgery, bo przecież ryb nie tkną, a okazało się, że wmłócili nasze ryby z wielką przyjemnością. Zatem kiedy zobaczyłam w ofercie Frisco patroszone makrele, nie zastanawiałam się zbytnio i zamówiłam cztery sztuki na kolację.

No głupia byłam… Co tu dużo mówić…

Bo te makrele trzeba było odfiletować, jeśli BlueBoy miał którąś wziąć do pyska…

Powiem krótko: zrobił nam się wieczór wspomnień. Że nie wszystko przecież w naszym życiu było do dupy (chociaż wolałabym jednak osiągnąć choćby umiarkowany sukces pisarski, nie powiem, że nie). Ale oprócz ciężkich chwil i utraty sensu, bywały też chwile radosne, ciekawe czy zabawne.

Nie były ostatnie. I mam nadzieję na wiele kolejnych.

PS.

Nie będziemy więcej kupować makreli do filetowania. Od jutra jemy wyłącznie łososia i krewetki. A na makrelę może kiedyś pojedziemy do Francji. Do hipermarketu 😀

Nie ma co narzekać: makrela może nie była zbyt Instagramowa w wyglądzie, a BB wydłubał z niej połowę ości (nawet jeśli ich nie było w jego kawałku), ale smakowała OK. Tak jak tamta w Port Frejus.

© 2020, Jo.. All rights reserved.