Wyjątek.

Jedliśmy spokojnie kolację. Bardzo miłą, bo BB zażyczył sobie tartę serową a Jakub insalata mista. Luna jak zwykle upierdliwie żebrała pod stołem, Piter nalewał Chianti od szwagra. I wtedy przyszedł esemes ze szkoły. Że zgodnie z ostatnimi wytycznymi Kuba jednak ma przyjeżdżać na lekcje do szkoły.

Czy muszę wspominać o tym, że kilka godzin wcześniej otrzymaliśmy ze szkoły informację o nauczaniu zdalnym i zajęciach on-line w poniedziałek o 13.00?

No więc odpisaliśmy równie uprzejmie, że obecnie jest to raczej mało prawdopodobne, aby udało nam się przekonać syna do ponownej zmiany koncepcji. Prawdę mówiąc: graniczące z pewnością, że nie.

I ja nawet nie mam pretensji na nauczycielki. Ani do dyrektorki. Bo to jasne dla każdego, kto rozumuje na poziomie wyższym niż (bez urazy, Paramecium caudatum) pantofelek, że to żadnej z nich wina. Po prostu – jak zwykle ostatnio – ktoś zapomniał o niesamodzielnych niepełnosprawnych uczniach. I o ile dziatwa szkolna w wieku do lat ośmiu czy tam dziewięciu, czyli ta, której nie wolno zostawić samej w domu bez opieki, została od razu wyłączona z nauczania zdalnego, tak o niepełnosprawnych chyba dopiero teraz ktoś szanownej władzy przypomniał.

Bo dziwnym trafem klasy zawodówki mają zdalne nauczanie, a klasy przysposabiające do pracy mają dygać do szkoły.

Zgadliście: do zawodówki chodzą niepełnosprawni samodzielni, a do szkoły przysposabiającej tacy, którzy wymagają stałej opieki. Zatem gdyby zostali w domach na nauczaniu zdalnym, mogłoby się okazać, że ich opiekunowie muszą wziąć wolne w pracy i zapewne zażądaliby jakiegoś zasiłku.

I mogą mnie nie powiem co, a Kubę nawet wywalić z tej szkoły, ale nie zamierzam go nigdzie wysyłać.

Ani tym bardziej pytać, czy ewentualnie nie rozważyłby ponownej zmiany koncepcji nauczania w czasach zarazy.

Zbyt cenię sobie własny spokój, choćby pozorny i relatywny.

© 2020, Jo.. All rights reserved.