Lockdown. Reaktywacja?

Nie mam dziś żadnego obrazka, bo pewnie na płonący kominek i filiżankę z herbatą już nie możecie patrzeć, a na kieliszki jeszcze za wcześnie. Poza tym wino nam się skończyło, a Piter zapomniał wyjąć z zamrażarki ostatnią butelkę MP i teraz głupkowato usiłuje ratować sytuację wspominając coś o Prosecco On The Rocks. Co o tyle nie ma sensu, że całe jest lodowcem. Razem z butelką.

Czyli mamy czerwoną strefę i zdalne nauczanie. I ja już nawet nie powiem, że znowu. Znowu dzień przed wprowadzeniem zdalnego nauczania zatrzymałam chłopaków w domu. Zaczynam bać się samej siebie 😀

Tym razem sytuacja jest jednak inna. Głównie ze względu na Jakuba, który sam zdecydował, że zostaje w domu. Daje to jakąś nadzieję, że unikniemy darcia szat i bynajmniej nie metaforycznego rozbijania głowy o podłogę. Niewielką, ale w naszym domu nawet niewielka nadzieja jest lepsza od żadnej.

Wracamy do sytuacji, którą już przerabialiśmy. Moi synowie zgodnie stwierdzili, że tak jest lepiej, bo jesień, zimno i deszcz ma zwyczaj padać. W domu można wstać nieco później, zjeść obiad na obiad a kolację na kolację. I nie trzeba kombinować, jak zrobić lekcje zdalnie, żeby po nocy się nie tłuc na gitarę.

Odczułam ulgę. Naprawdę. Nie mam żadnego wpływu na pandemię. Ani na działania rządu. Na funkcjonowania służby zdrowia. I to wszystko cholernie mnie przytłaczało. Nawet nie zdawałam sobie sprawy jak bardzo, dopóki nie ogłoszono wczoraj zdalnego nauczania. Jasne, że szkoda mi kontaktów BlueBoya z kolegami. Jasne, że jestem rozgoryczona tym, że z takim trudem wywalczona na trzy lata szkoła dla Kuby, skraca nam się niemiłosiernie. Ale generalnie są rzeczy ważne i ważniejsze. A każdy, kto dostał diagnozę potwierdzającą nieuleczalną chorobę albo umierał ze strachu podczas operacji kogoś bliskiego, nie ma problemu ze wskazaniem priorytetów.

Zdrowia wam życzę, kochani. I powrotu do normalności. A reszta jakoś się ułoży.

PS.
Nie potrafię wam odmówić… Dodaję zdjęcie do zajawki…

© 2020, Jo.. All rights reserved.